"Znana lepiej jako Świeca Narodzin. Obdarzona przez moce tajemne nigdy niegasnącym ogniem. (...) Mrożące krew w żyłach historie o tych, co podążyli jej szukać, ale nie wrócili już nigdy, bo okazali się niegodni."
Niewiele książek w mojej biblioteczce mogłabym uznać za w pełni ponadczasowe, jednak „Płomyk, który zgasił świece” to tytuł, który, sama nie wierzę, że to mówię, myślę, że w przyszłości z całą pewnością chętnie powierzę w ręce własnych dzieci. Już od pierwszych stron czytelnik zostaje bowiem wciągnięty w świat pełen zaskakujących przygód i zadziwiających stereotypów, w którym bohaterowie muszą nie tylko mierzyć się z przeciwnościami krnąbrnego losu, ale i własnymi ukrytymi głęboko pod skórą słabościami. To opowieść przepełniona intrygująco fantastycznymi elementami, która niesie ze sobą wiele uniwersalnych wartości, jakie chciałabym, by każde z moich dzieci uważało za pan brat. Ta historia nie tylko bawi, ale również uczy odwagi i ukazuje niezwykłą siłę przyjaźni. Podejrzewam, że nawet czytana kilkukrotnie może fascynować, pozwalając czytelnikowi za każdym razem odnajdywać w niej nowe niuanse.
Z zaskoczeniem muszę przyznać, iż wątek romantyczny w tej opowiastce okazał się dla mnie najmniej interesujący, wciąż ciekawy, jednak wręcz wyblaknięty na tle pozostałych elementów. Świat przedstawiony wykreowany przez autora, magia przyjaźni i cudownie dopracowane w detalach postacie nadprzyrodzone pochłonęły większość mojej uwagi, podobnie zresztą jak perypetie walczącego w imię własnego zdania Promyka. Jego relacja z Sali była urocza, momentami nawet rozczulająca, a jednak przez większość czasu pozostawała dla mnie gdzieś na drugim planie. Po zakończeniu lektury wydaje mi się nawet, że mogłam ignorować ją wręcz świadomie, jakby w obawie, iż w zbyt oczywisty sposób spłaszczy złożoność charakterną głównych bohaterów, odbierając im ten charakterystyczny błysk w oczu. Muszę oddać jednak tej historii jedno: pojawienie się alternatywnej Sali, a także wszelkiego rodzaju zdarzenia, które nastąpiły w dalszej części, wycisnęły ze mnie i nawet kilka łez, sprawiając tym samym, że i nawet i ten pozostający przez większość czasu w cieniu wątek ostatecznie zrobił na mnie wrażenie.
Sięgając po ten tytuł nie wiedziałam nawet, że "Płomyk, który zgasił świecę" to pierwszy tom serii skrywającej się pod nazwą "Sali Półtoraucha", choć nie ukrywam jednocześnie, iż czuję się tym faktem nadzwyczaj zaintrygowana. Obawiam się jedynie, że kolejne części, jak to zazwyczaj już bywa, mogą nie udźwignąć wysoko postawionej przeze mnie poprzeczki, nie zmienia to jednak faktu, iż z nienaturalnym napięciem wyczekuje dalszych perypetii Promyka. Wierzę, że ta seria na stałe zagości w gronie moich ulubionych, podtrzymując wysoko angażujący czytelnika potencjał.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu SQN [@sqn_imaginatio].