czwartek, 28 maja 2026

88. REGRET ME NOT – Ludka Skrzydlewska

"Nie masz pojęcia, jak bardzo się dzisiaj o ciebie martwiłem, Cove (...). Byłem śmiertelnie przerażony, myśląc, że stanie ci się krzywda, podczas gdy nie mogłem zrobić prawie nic, żeby ci pomóc. Nienawidzę czuć się bezradny i nienawidzę, gdy ktoś... gdy moja żona znajduje się w niebezpieczeństwie."

Przygodny ślub w Las Vegas? Cove zawsze miała słabość do ryzykownych decyzji i życia na granicy, jednak nawet dla niej przebudzenie się obok tajemniczego mężczyzny poznanego zaledwie dzień wcześniej, z obrączką lśniącą na palcu, okazało się czymś nadzwyczaj abstrakcyjnym. I, choć kobieta doskonale zdaje sobie sprawę, iż ignorowanie problemu nie sprawi, iż ten bezpowrotnie zniknie, uparcie wierzy, że konsekwencje wspólnej nocy rozejdą się po kościach, pozostając jedynie słodkawym rozmytym wspomnieniem. Los postanawia jednak wyjątkowo brutalnie zweryfikować jej podejście. Niespełna dwa lata później Calloway ponownie pojawia się w jej życiu, a Cove wreszcie pojmuje, iż niektóre historie nie kończą się wtedy, kiedy najbardziej byśmy sobie tego życzyli. Układ, który od początku brzmi jak przepis na emocjonalną katastrofę? Zróbmy to!

„Forgot me not” to jeden z tytułów, który w zeszłe lato rozkochał mnie w sobie wręcz do ujmującego szaleństwa, zabierając mnie w przepiękną i niezwykle wzruszającą podróż opowiadającą o dwójce ludzi, którzy nie planowali pozwolić, by ich relacja wymknęła się poza ramy małego baru w centrum miasta. Z ogromną niecierpliwością czekałam więc również i na to, co na swoim przełomie przyniesie „Regret me not”, bohaterowie tej historii przewijali się mimochodem między stronami historii Astry i Thane, lecz wtedy, przyznam szczerze, pozostawali dla mnie jedynie mało znaczącym tłem. Od samego początku jednak podobała mi się ta tląca się między ich charakterami przepaść, Cove jest bohaterką niezwykle otwartą, nad wyraz pewną siebie i przepełnioną emocjonującymi kolorami, z kolei Calloway to jej pełne przeciwieństwo, zdystansowany, cichy i kalkulujący każdy swój kolejny ruch, czyż więc nie brzmi to jak skrupulatnie przygotowany przepis na katastrofę?

Konstrukcja fabularna, tło wydarzeń osadzone w niezwykle pięknej scenerii, a do tego hobby naszej głównej bohaterki i jej pies, nie wspominając już o niezwykle barwnych postaciach drugoplanowych – to tylko zalążek atutów, które można odnaleźć na kartach tejże historii. Autorka z niezwykłą, charakterystyczną dla swojego pióra, lekkością nadbudowuje słodkawy klimat tejże opowieści, ukazując czytelnikowi świat, w których emocje i drobny dotyk mówią więcej niż najpiękniej skonstruowane deklaracje. Z początku więc wydawało mi się, że tutaj nie ma nic, co na dłuższą metę mogłoby pójść źle, w kulminacyjnych momentach zaczęłam jednak odnosić męczące wrażenie, iż historia ta gubi swój ujmujący rytm, a potęgujące się zewsząd niedopowiedzenia tworzą wokół relacji głównych bohaterów silnie splątany kokon. I, choć finał ich relacji wprawił moje serce w rozkoszne drżenie, zachowanie Callowaya, nawet po ujawnieniu prawdy, pozostało dla mnie niedojrzałe i przepełnione nad wyraz wieloma sprzecznymi sygnałami, które utrudniły mi ostateczny pozytywny odbiór tejże historii. 

„Regret me not” nie poruszyło mojego serca z taką siłą, jak zrobił to poprzedni tom i prawdopodobnie nie stanie się również jednym z moich ukochanych tytułów spod pióra Ludki Skrzydlewskiej, nad czym szczerze ubolewam. Odnoszę bowiem irytujące wrażenie, iż gdyby obedrzeć tę historię z jej słodkawego klimatu, malowniczej scenerii Alaski oraz niezwykle ujmujących bohaterów drugoplanowych, w centrum pozostałaby jedynie krucha, tonącą w problemach komunikacyjnych, relacja, która na dłuższą metę mogłaby okazać się po prostu niewystarczająca. Nie mam jednak wątpliwości, iż historia Cove i Callowaya odnajdzie grono oddanych czytelników, którzy docenią jej ekspresyjnie intensywny chaos.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].

niedziela, 26 kwietnia 2026

85. MUZA ROCKMANA – Penelope Ward

"Od pewnego czasu to ty jesteś moim spokojem, Emily. Czuję się lepiej, wiedząc, że też jesteś w trasie. Po raz pierwszy od dawna codziennie czekam na to, by móc się z kimś zobaczyć i porozmawiać. Z kimś, kto mnie nie osądzi. Kto ma gdzieś, ze jestem gwiazdą."

Emily miała tylko jeden konkretny cel, gdy znalazła się w samym środku kalifornijskiego pustkowia:  dostać się do ukrytego pośród bezkresu studia nagrań, o którym wiedzieć mogli tylko nieliczni. Nie miała planu, wierzyła jednak, że los jej sprzyja, kiedy to zmyślone imię i kilka starannie dobranych kłamstw stały się dla niej przepustką do świata, którego częścią nigdy nie chciała się stać. Nieplanowana trasa koncertowa u boku jednego z najsłynniejszych zespołów współczesnej muzyki dawała jej niepowtarzalną szansę, by raz na zawsze odgrodzić przeszłość grubą kreską. Nie przewidziała tylko, że każde uważne spojrzenie Tristana będzie zacierać wyznaczone przez nią granice, prowadząc ją na krawędź słodkiego obłędu.

Pióro Penelope Ward znane jest mi przede wszystkim za sprawą jej licznej twórczości w formacji z Vi Keeland, która dotychczas umiliła mi już niejeden nostalgiczny wieczór. Nie ma chyba tytułu ich wspólnego autorstwa, o którym nie słyszałabym wcześniej chociaż drobnego słówka, a nie da się ukryć, iż nie śledzę rynku wydawniczego ze zbyt sporym zapałem, co zapewne również może już mówić samo za siebie. Z zaskoczeniem jednocześnie uzmysłowiłam sobie, iż nasze ścieżki z samą Penelope Ward tak naprawdę nigdy się jeszcze nie przecięły, a kiedy na dodatek okazało się, iż tytuł, przy którym będziemy mieć okazję przełamać z autorką nasze pierwsze lody, jest zanurzony w realiach branży muzycznej, moje podekscytowanie rozrosło się do niebotycznych rozmiarów. Oczekiwałam więc historii, w której muzyka stanie się integralnym elementem świata przedstawiona, a nie jedynie jej ledwie zarysowanym, a wręcz zapomnianym szkieletem.

Podobnie jak w przypadku wspólnych tworów aktorek, „Muza Rockamana” również od samego początku wkręca nas w pewnego rodzaju intrygę, czytelnik czuje pod skórę, iż coś się dzieje, ale puzzle tejże układanki odkrywa stopniowo, zbierając pośród rozmów i najróżniejszych wydarzeń strzępki informacji. Zabieg ten sprawia, iż tak naprawdę ciężko oderwać się od czytanego tekstu, a pełne dojrzałości rozmowy głównych bohaterów sprawiają, iż czytanie staje się jeszcze przyjemniejsze. Początkowo nie byłam aprobatywnie nastawiona względem różnicy wieku między Emily i Tristanem, ostatecznie jednak buchająca między nimi chemia obezwładniła moją duszę w całości, a czyhający na mnie pod sam koniec nagły zwrot akcji, będący tym samym rozwiązaniem tlącej się w tle intrygi, był jak nokautujący cios.

Na dłuższą metę jedynym elementem, którego paradoksalnie mi w tej historii tak naprawdę zabrakło, okazał się właśnie ten długo wyczekiwany przeze mnie motyw muzyki. Wprawdzie pod kątem fabularnym historia ta została osadzona w realiach trasy koncertowej, a na dodatek wielokrotnie nawiązywała do samej idei tworzenia i życia prawdziwej gwiazdy, ostatecznie jednak odnoszę wrażenie, iż w natłoku zdarzeń jej magia zatraciła swój nieodparty blask. W zamian za to nie sposób jej jednak odmówić bogactwa pięknie napisanych komplementów oraz kwestii, które wielokrotnie na nowo zachwycały mnie swoją subtelnością, idealnie wpisując się w grono słów wartych zaznaczenia. Autorka dołożyła wszelkich starań, aby ukazać Tristana z bajecznie korzystnej perspektywy, dzięki czemu nie sposób było nie uleć jego intrygującemu urokowi, nawet jeśli on sam nie do końca panował nad konsekwencjami swoich decyzji. Rozczarowujące jednak okazało się dla mnie również i zakończenie, które wywarło na mnie wrażenie zbyt pośpiesznego i niedostatecznie rozwiniętego, by w pełni zaspokoić postawione przed nim wcześniej oczekiwania. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].