niedziela, 14 czerwca 2026

90. MROCZNI OBLUBIEŃCY – Tom 3: Mistrz tortur – Melisa Bel

"Czuł, że do siebie przynależą. To nie mógł być przypadek. Kiedy byli blisko, miał wrażenie, że dają sobie siłę niezbędną do przetrwania. Łączyła ich równość i zrozumienie, którego nie dzielił wcześniej z żadną kobietą."

Okoliczności ich spotkania nie należały do tych, o których marzy się nocami pod kołdrą; nie było słońca, malowniczych krajobrazów ani przypadku splatającego losy dwójki obcych sobie ludzi; zamiast tego chłód pustych ścian zapomnianego lochu przenikał do kości, odbierając ostatnie nadzieje. Lydia wie, że w tamtej chwili, stojąc przed obliczem Mistrza, nie ma już nic do stracenia poza własną godnością, której zamierza bronić nawet w imię własnego życia. Valdrim widział już wiele, szaleństwo i rezygnację w najróżniejszych formach, mogłoby więc wydawać się, że nic nie zdoła go już zaskoczyć, a jednak jedno spojrzenie w oczy więźniarki oskarżonej o czary burzy tę pewność w zaledwie kilka chwil. To przesłuchanie może zmienić w ich życiu więcej niż którekolwiek z nich mogłoby się spodziewać. 

„Mistrz Tortur” to trzecia część cyklu książek kryjąca się pod nazwą „Mroczni Oblubieńcy”, z którą nie miałam wcześniej okazji obcować. Nie ukrywam, iż zwykle staram się czytać poszczególne tomy serii zgodnie z ich kolejnością, tym razem jednak mroczna obietnica skryta pomiędzy słowami opisu okazała się na tyle kusząca, by złamać we mnie tenże nawyk. Czeluści lochów, zakazane uczucie, czary i mistrz tortur o nieznanych nikomu pobudkach – nic więc dziwnego, iż sięgnęłam po ten tytuł z dość wygórowanymi oczekiwaniami. Chciałam czuć tę opowieść całą duszą, pozwolić wciągnąć się jej w wir intryg i poddać w obiekcie granicę między dobrem a przysłowiowym złem, jednak czy tytuł ten w pełni temu sprostał? Zacznijmy jednak od początku.

To, co od pierwszych stron pozostało we mnie niezmienne, to wyjątkowe zaintrygowanie usposobieniem Valdrima, na pierwszy rzut oka zimny i zamknięty w swej bezwzględności, przyzwyczajony do samotnej strudzonej wędrówki i siania wokół siebie tajemniczego spustoszenia, a jednak wystarczyło jedno uważniejsze spojrzenie, by dostrzec w jego oczach nieznośny ból i ślady niezaleczonych ran, o których nie sposób opowiedzieć czy ukoić prostym słowem. Niezwykle fascynująca okazała się również słabość mężczyzny wobec Lydii, która niestrudzoną odwagą w zaledwie kilka chwil przedarła się przez budowane pieczołowicie przez lata mury. Nieustanna troska, serce gotowe do malowniczych wyrzeczeń, a przede wszystkim bolesna lekkość w rezygnacji z własnych pragnień, jeśli tylko mogłoby to przynieść jej choć odrobinę szczęścia, to tylko część cech odpowiedzialnych za fakt, iż koło tego mężczyzny nie sposób przejść obojętnie.

Tempo prowadzenia akcji było aspektem, które w moim odczuciu miało niezwykle fundamentalny, ale i jednocześnie najbardziej szkodliwy wpływ na treść przedstawionych w powyższym tytule wydarzeń. Odnoszę bowiem wrażenie, że wystarczyłoby zaledwie kilkadziesiąt dodatkowych stron, by dać tej historii przestrzeń do pełnego i ujmującego rozkwitu, który umożliwiłby emocjom towarzyszącym czytelnikowi podczas lektury na dobre zakorzenić się w jego umyśle. Tymczasem wydarzenia zawarte w kilku ostatnich rozdziałach pędzą naprzód w zawrotnym tempie, tak, jakby ktoś postanowił zamknąć je za pomocą jednego machnięcia czarodziejskiej różdżki, przez co na dłuższą metę tracą one swój unikatowy urok i burzą nabudowane wcześniej słodkawe napięcie. 

"Mistrz tortur" to tytuł o wręcz monstrualnym, lecz zatraconym na przełomie jego treści, potencjałem, który ma w sobie o wiele mniej mroku, niż mogłabym się po nim początkowo spodziewać, a mimo to wydaje się być przesiąknięty aurą na tyle interesującą, by skłonić mnie w przyszłości do ponownego spotkania z twórczością autorki. Mam bowiem pewne uporczywe przeczucie, miejmy nadzieję, iż niezbyt mylne, że któryś z poprzednich tomów serii może na dobre zawładnąć moim wybrednym sercem. 

Za możliwość przeczytania dziękuję autorce [@melisa.bel.autorka].

czwartek, 28 maja 2026

88. REGRET ME NOT – Ludka Skrzydlewska

"Nie masz pojęcia, jak bardzo się dzisiaj o ciebie martwiłem, Cove (...). Byłem śmiertelnie przerażony, myśląc, że stanie ci się krzywda, podczas gdy nie mogłem zrobić prawie nic, żeby ci pomóc. Nienawidzę czuć się bezradny i nienawidzę, gdy ktoś... gdy moja żona znajduje się w niebezpieczeństwie."

Przygodny ślub w Las Vegas? Cove zawsze miała słabość do ryzykownych decyzji i życia na granicy, jednak nawet dla niej przebudzenie się obok tajemniczego mężczyzny poznanego zaledwie dzień wcześniej, z obrączką lśniącą na palcu, okazało się czymś nadzwyczaj abstrakcyjnym. I, choć kobieta doskonale zdaje sobie sprawę, iż ignorowanie problemu nie sprawi, iż ten bezpowrotnie zniknie, uparcie wierzy, że konsekwencje wspólnej nocy rozejdą się po kościach, pozostając jedynie słodkawym rozmytym wspomnieniem. Los postanawia jednak wyjątkowo brutalnie zweryfikować jej podejście. Niespełna dwa lata później Calloway ponownie pojawia się w jej życiu, a Cove wreszcie pojmuje, iż niektóre historie nie kończą się wtedy, kiedy najbardziej byśmy sobie tego życzyli. Układ, który od początku brzmi jak przepis na emocjonalną katastrofę? Zróbmy to!

„Forgot me not” to jeden z tytułów, który w zeszłe lato rozkochał mnie w sobie wręcz do ujmującego szaleństwa, zabierając mnie w przepiękną i niezwykle wzruszającą podróż opowiadającą o dwójce ludzi, którzy nie planowali pozwolić, by ich relacja wymknęła się poza ramy małego baru w centrum miasta. Z ogromną niecierpliwością czekałam więc również i na to, co na swoim przełomie przyniesie „Regret me not”, bohaterowie tej historii przewijali się mimochodem między stronami historii Astry i Thane, lecz wtedy, przyznam szczerze, pozostawali dla mnie jedynie mało znaczącym tłem. Od samego początku jednak podobała mi się ta tląca się między ich charakterami przepaść, Cove jest bohaterką niezwykle otwartą, nad wyraz pewną siebie i przepełnioną emocjonującymi kolorami, z kolei Calloway to jej pełne przeciwieństwo, zdystansowany, cichy i kalkulujący każdy swój kolejny ruch, czyż więc nie brzmi to jak skrupulatnie przygotowany przepis na katastrofę?

Konstrukcja fabularna, tło wydarzeń osadzone w niezwykle pięknej scenerii, a do tego hobby naszej głównej bohaterki i jej pies, nie wspominając już o niezwykle barwnych postaciach drugoplanowych – to tylko zalążek atutów, które można odnaleźć na kartach tejże historii. Autorka z niezwykłą, charakterystyczną dla swojego pióra, lekkością nadbudowuje słodkawy klimat tejże opowieści, ukazując czytelnikowi świat, w których emocje i drobny dotyk mówią więcej niż najpiękniej skonstruowane deklaracje. Z początku więc wydawało mi się, że tutaj nie ma nic, co na dłuższą metę mogłoby pójść źle, w kulminacyjnych momentach zaczęłam jednak odnosić męczące wrażenie, iż historia ta gubi swój ujmujący rytm, a potęgujące się zewsząd niedopowiedzenia tworzą wokół relacji głównych bohaterów silnie splątany kokon. I, choć finał ich relacji wprawił moje serce w rozkoszne drżenie, zachowanie Callowaya, nawet po ujawnieniu prawdy, pozostało dla mnie niedojrzałe i przepełnione nad wyraz wieloma sprzecznymi sygnałami, które utrudniły mi ostateczny pozytywny odbiór tejże historii. 

„Regret me not” nie poruszyło mojego serca z taką siłą, jak zrobił to poprzedni tom i prawdopodobnie nie stanie się również jednym z moich ukochanych tytułów spod pióra Ludki Skrzydlewskiej, nad czym szczerze ubolewam. Odnoszę bowiem irytujące wrażenie, iż gdyby obedrzeć tę historię z jej słodkawego klimatu, malowniczej scenerii Alaski oraz niezwykle ujmujących bohaterów drugoplanowych, w centrum pozostałaby jedynie krucha, tonącą w problemach komunikacyjnych, relacja, która na dłuższą metę mogłaby okazać się po prostu niewystarczająca. Nie mam jednak wątpliwości, iż historia Cove i Callowaya odnajdzie grono oddanych czytelników, którzy docenią jej ekspresyjnie intensywny chaos.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].