wtorek, 3 lutego 2026

76. WSZYSTKO NA MOJEJ GŁOWIE – Jakub Bączykowski

"Czy jesteśmy w stanie być po prostu kobietami? Każda z własną historią, tęsknotami i spełnieniem. Bez nieświadomego oceniania się nawzajem przez pryzmat ról narzucanych przez społeczne oczekiwania?" 

Salon fryzjerski Rity w sercu Krakowa na pierwszy rzut oka może wydawać się jednym z wielu, jednak to właśnie tutaj w akompaniamencie starych polskich piosenek i cichego szczęku nożyczek na jaw wychodzą głęboko skrywane myśli. To miejsce przepełnione wspomnieniami, rzucającymi się w oczy pastelami i historiami, które zostają w głowie na dłużej. Przez próg salonu przewijają się klienci z najróżniejszymi bagażami doświadczeń, jedni wpadają tylko skrócić końcówki, inni pragną prawdziwie odmieniającej metamorfozy. W rozmowach, które zaczynają się niewinnie, między pytaniem o długość a zapachem lakieru do włosów, powoli odsłaniają się lęki, marzenia i sprawy ciążące na duszy od lat. Tutaj opadają maski i znikają ukryte zamiary, pozostaje tylko prawda i nadzieja na lepsze jutro.

Z twórczością Jakuba Bączykowskiego w swojej czytelniczej karierze spotykam się po raz pierwszy, jednak mimo to jestem w stanie pokusić się ku stwierdzeniu, iż niesie ona ze sobą wyraźne znamiona ujmującego doświadczenia. Jego pióro jest bowiem niezwykle zrównoważone i klarowne, momentami nawet i wręcz niebywale dosadne, a przy tym obciążone intensywnym ładunkiem emocjonalnym, który nie pozwala czytelnikowi nawet na chwilę wytchnienia. „Wszystko na mojej głowie” to tytuł utkany z codziennych doświadczeń, myśli oraz emocji, tych cichych, zakopanych w głębi serca, a jednak wciąż tak bardzo w nas obecnych. To historia, która z wyczuciem uświadamia nam, iż każdy z nas mierzy się z własnymi problemami, często tocząc tego typu walki z dala od ciekawskich spojrzeń, a tym samym przypomina, jak zgubne może okazać się ocenianie człowieka po samej jego okładce.

Salon fryzjerski, który w zasadzie staje się głównym tłem rozgrywających się w tej opowieści wydarzeń, to miejsce, do którego sama z przyjemnością chciałabym się wybrać. Metamorfoza, na którą klienci mogą liczyć pod czujnym okiem Rity nie ogranicza się tylko do zmiany fryzury, dokonuje się również na poziomie emocjonalnym. Przestrzeń salonu staje się dla nich bezpiecznych azylem, sprzyjającym wszelkim, nawet i tym najtrudniejszym rozmowom. Mamy tu kolorowe dodatki, rodzinne pamiątki oraz stare, ozdobne maszyny fryzjerskie, o których Rita mimochodem opowiada, co przepięknie podbija klimat tego tytułu. To właśnie te drobne detale nadają temu miejscu wyjątkowo domowy, niemal intymny charakter, sprawiając, że staje się on miejscem spotkań, zaufania i ludzkiej bliskości.

Jedyną kwestią, jaką mogłabym przy tym tytule poddać wątpliwości, jest ogólna myśl przewodnia tego tytułu, jak i jego zakończenie. Śledziłam losy Rity i jej klientów z poczuciem, iż zmierzają one ku wspólnemu sensowi, tymczasem epilog sprawia wrażenie urwanego oraz pozbawionego głębszej, spinające tekst w jedną całość myśli. Pozostawia on w zawieszeniu nie tylko emocjonalną historię samej Rity, ale także losy osób, które przewinęły się przez jej salon i wniosły do powieści własne dramaty oraz problemy. W efekcie czytelnik pozostawiony jest z poczuciem niedosytu i brakiem swoistego domknięcia przedstawionej historii.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona [@czwartastrona].  

niedziela, 25 stycznia 2026

74. ODETCHNIJ. POSTAW NA SIEBIE, KIEDY WSZYSCY CZEGOŚ OD CIEBIE CHCĄ – Katrzyna Serwin

"Proszenie o pomoc nie jest powodem do wstydu, podobnie jak łzy, które w danej chwili cisną ci się do oczu. Słuchaj sygnałów swojego ciała  i odpowiadaj na jego potrzeby. Pamiętaj, że twoje zdrowie i szczęście powinny być dla ciebie priorytetem."  

Moim jedynym postanowieniem noworocznym odnośnie roku 2026 była chęć czytania bardziej różnorodnej literatury, nie ukrywam, że słodkawe romansidła to pewnego rodzaju mój konik, uznałam jednak, że nadszedł w moim życiu moment, w którym chciałabym choć odrobinę poszerzyć moje dotychczasowe horyzonty czytelnicze. „Odetchnij. Postaw na siebie, kiedy wszyscy czegoś od ciebie chcą” było więc pierwszym krokiem w tym oto kierunku i, choć nie była to najbardziej satysfakcjonująca przygoda ostatnich czasów, o czym za chwilę szczegółowo Wam opowiem, cieszę się, iż podjęłam się przeczytania tej lektury.

Na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że tematyka rozwoju osobistego, wyznaczania własnych granic oraz poszukiwania odpowiedniego balansu między poszczególnymi obszarami życia nie jest mi obca. Sięgając po ten poradnik, oczekiwałam więc, że pozwoli mi on w jakikolwiek sposób poszerzyć nabytą już przed laty wiedzę, z przykrością muszę jednak zaznaczyć, iż w moim przypadku to się w zasadzie nie udało. Lektura była przyjemnie lekka i niewymagająca; podarowała mi kilka chwil wytchnienia i pozwoliła zatrzymać, co przy tej tematyce jest dla mnie niebywale istotne, jednocześnie pozostawiła we mnie jednak poczucie niedosytu, trochę tak, jakbym zaznajamiała się z historią wielokrotnie mi już opowiedzianą. Na dodatek, niektóre z fragmentów opartych na opowieściach podopiecznych autorki, mających ukazywać w sposób rzeczywisty mechanizmy ukazane w poszczególnych rozdziałach, momentami wydawały mi się nieautentycznie przerysowane. Podejrzewam, że mógł być to zabieg planowany, dobitnie akcentujący skutki pewnych zachowań, jednakże dla mnie nadał on wnętrzu jedynie drażliwie sztuczny akcent. 

Po skończeniu lektury spróbowałam jednak spojrzeć na ten poradnik także z innej perspektywy, jak ktoś, kto właśnie z jego pomocą chciałby poczynić w temacie rozwoju osobistego swoje pierwsze, drżące jeszcze kroki i w takim ujęciu treść ta nabiera znacznych kolorów. Napisany prostym, ciepłym językiem, pozbawiony typowego psychologicznego żargonu, który potrafi onieśmielić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika, zaprasza w podróż po zakątkach własnego umysłu. Nie poucza, nie ocenia, nie stawia wymagań, a jedynie podsuwa proste zadania, które pozwalają złapać głębszy oddech i wsłuchać się w siebie bez presji natychmiastowej zmiany. Moi drodzy czytelnicy, jeśli jest więc tutaj ktoś, kto dopiero rozpoczyna swoją przygodą z tym oto tematem, jestem przekonana, iż ten oto poradnik może okazać się wartościowym przewodnikiem, który w przystępny sposób ukaże Wam, iż dbanie o swoje zdrowie psychiczne i wyznaczanie trwałych granic nie musi być trudne ani skomplikowane. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Feeria [@wydawnictwo_feeria]. 

wtorek, 20 stycznia 2026

73. NORA, TEGO NIE MA W SCENARIUSZU – Annabel Monaghan

"Miałaś kiedyś uczucie, że znikasz? (...) Jakbyś miała niezachwianą pewność,  że nadejdzie dzień, gdy się zbudzisz i odkryjesz, że najbardziej autentyczna część ciebie została wycięta, zastąpiona czyimiś planami? 

Mogłoby się wydawać, że życie Nory wraz z odejściem męża bezpowrotnie się skończyło, jednak choć zmieniło kierunek, kobieta uczyniła z niego scenariusz na miarę Hollywood. Niedługo później jej przepiękny dom w dolinie Hudson wypełnia się więc światłem reflektorów i całą ekipą obcych ludzi. Staje się prawdziwym planem filmowy, Nora jednak odlicza już dni do momentu, gdy będzie mogła wrócić do swojego nadzwyczaj uporządkowane życia. Zdjęcia wreszcie się kończą, jednak nic nie jest już takie samo, a Leo – aktor zdecydowanie zbyt seksowny, by mógł wiarygodnie wcielić się w rolę jej byłego męża – ani myśli się wyprowadzać.

„Nora, tego nie ma w scenariuszu” to tytuł wyjątkowo smukły objętościowo w porównaniu do literatury, którą można odnaleźć pośród regałów mojej biblioteczki, z góry więc założyłam, że pochłonę go w mniej niż jeden wieczór. Początkowo obawiałam się, że jedyną przeszkodą stojącą na mojej drodze może być prosty, nieco wychudzony język, w którym na próżno szukać wysublimowanych, rozlazłych opisów akcji, do których bywam przyzwyczajona. Autorka skupia się bowiem przede wszystkim na dynamice wydarzeń, dbając o to, by dialogi angażowały czytelnika na tyle, aby nie odczuwał dotkliwego braku pogłębionej narracji. Pozornie oszczędna forma szybko okazała się jednak w rękach Annabel Monaghan niezwykle ciekawym zabiegiem, który sprawił, że lektura nabrała przyjemnej lekkości.

Moje szczególne uznanie zyskał przede wszystkim sposób, w jaki autorka splotła ze sobą ciąg zawartych w tym tekście zdarzeń; z niebywałym wyczuciem, ale i niespotykaną nieschematycznością. Fabuła tej historii przesycona jest codziennością, Nora jest bohaterką nieidealnie idealną, pełną sprzeczności, podczas gdy Leo stanowi słodkie przeciwieństwo wszystkiego, czego można by się po nim kiedykolwiek spodziewać. Wspólnie tworzą opowieść o najróżniejszych odcieniach miłości, ale i o bagażu doświadczeń, które ze sobą niesie, w akompaniamencie magicznych wschodów słońca i hollywoodzkiej codzienności. Tytuł ten przypomina, że w świecie pełnym końców i początków warto czasem zwolnić i w porannym świetle odnaleźć sens tam, gdzie wcześniej mógł być tylko ból.

Wciąż Wam mało? Na dokładkę mam dla Was jeszcze cały wachlarz wyrazistych bohaterów pobocznych, wśród których szczególnie zapada w pamięć przesympatyczna dwójka urwisów towarzyszących nam przez całą przygodę. Relacja, którą tworzą wraz z Leo, ukazuje go w niezwykle ciepłej odsłonie, odsłaniając mimochodem jego niezwykłą zdolność do budowania relacji. Jednocześnie ich obecność pełni w historii rolę znacznie istotniejszą, niż mogłoby się wydawać, porządkuje narrację, ale wzmacnia jej wydźwięk, dzięki czemu opowieść staje się bardziej wielowymiarowa i niezwykle angażująca. Muszę zaznaczyć, że choć to moje pierwsze, to jednocześnie na pewno nie ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. 

niedziela, 4 stycznia 2026

71. PIERWSZA GWIAZDKA – Katarzyna Lewandowicz

"Dziękuję ci za moją pierwszą prawdziwą Gwiazdkę. (...) Poznałem ciepło, śmiech dzieciaków, zapach ciasta i zwyczajną obecność innych ludzi. Odczarowałaś ten okropny czas, sprawiając, że od teraz święta będą kojarzyły mi się z przyjemnym rodzinnym czasem." 

Pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, które zderzają się w najbardziej znienawidzonym dla niego momencie. Oskar od lat unikał wszystkiego, co mogłoby choć w najmniejszym aspekcie kojarzyć mu się ze świętami, podczas gdy Matylda jest ich wręcz chodzącym uosobieniem. Przepełniona dziecięcą beztroską, pachnąca piernikami i z szafą wypełnioną koszulami w świąteczne wzory początkowo przyprawia go o mdły zawrót głowy, z czasem mężczyzna zauważa jednak, że dzień bez jej obecności wydaje się dniem straconym. I nawet jeśli wciąż nie cierpi świąt, coraz trudniej mu wyobrazić sobie je bez niej.

Muszę przyznać, iż w tym roku przeczytałam naprawdę sporo typowo świątecznych fabularnie historii, śmiem nawet skłaniać się ku stwierdzeniu, że zdążyłam je sobie już w pewien sposób skutecznie obrzydzić. Na moje szczęście, okres, w których takich tytułów nigdy za wiele, zdarza się tylko raz w roku, mam zatem nadzieję, że do przyszłych świąt zdążę wyrzucić z głowy tę ironiczną awersję. Tytuły, które przewinęły się przez moje ręce, przyniosły mi pełen wachlarz emocji; przez niektóre z nich przebrnęłam z niewyobrażalnym trudem, inne przyniosły mi niezwykły tabun śmiechu, ale pojawiły się i takie, które zabrały mnie w magiczną podróż pośród świątecznych cudów. „Pierwsza Gwiazdka" to tytuł, który uplasował się gdzieś pośrodku wszystkich tychże doświadczeń. Początkowe rozdziały sugerowały, iż raczej nie dojdziemy do porozumienia, chwilę później zauważyłam jednak, że pojawiają się w tej historii momenty zdolne wywołać na mojej twarzy uśmiech, a im bliżej byłam finału, tym trudniej było mi ignorować bijącą z tekstu prawdziwą magię świąt.

Po zakończeniu lektury nasuwa mi się przede wszystkim jeden zasadniczy wniosek mówiący o tym, iż ten tytuł można by symbolicznie podzielić na dwie części; pierwszą z gatunku tych o których można by bez większego żalu zapomnieć, oraz drugą, która bez reszty rozkochała w sobie moje serce. Długo zastanawiałam się, w czym tak naprawdę tkwi problem początkowych rozdziałów, z perspektywy czasu uważam, iż swój udział miała w tym przede wszystkim zadziwiająca ilość zbiegów okoliczności, którymi stają się spotkania naszych bohaterów. Na co dzień obcują z różnymi środowiskami, a jednak dzieło przypadku sprawia, iż wpadają na siebie trzykrotnie, co w pewien sposób nieznośnie igra z moją potrzebą urzeczywistnienia tego tytułu. Nie sposób też nie zauważyć pewnej niekonsekwencji w kreacji głównego bohatera, którego potrzeba samotności i emocjonalna niedostępność tracą na znaczeniu w zasadzie już przy pierwszym kontakcie z Matyldą.

Ujmująca część fabuły rozpoczyna się w zasadzie w momencie służbowego wyjazdu naszych bohaterów, wtedy buzująca między nimi chemia zaczyna tworzyć niezwykle interesującą niewymuszoną mieszankę. W tle przewija się przepiękne sceneria Nowego Yorku, która dopełnia dzieła, jednak szybko okazuje się, że to zaledwie przedsmak tego co jeszcze czeka nas w ramach opowieści „Pierwsza Gwiazdka”, a prawdziwa magia przejmuje głos, gdy akcja przenosi się w polskie góry. Wspólne ścinanie drzewka, świąteczne swetry, pieczenie pierniczków – to zaledwie ułamek tego, co czeka na czytelnika w końcowej fazie tego tytułu. Mamy tu również do czynienia z naprawdę słodkawymi rozmowami, które pozwalają nam odrobinę głębiej zajrzeć w fasadę świata Oskara, a jednocześnie z uwagą możemy śledzić losy bohaterów pobocznych, zwłaszcza pewnej dwójki małych łobuzów, którzy skradli znaczną część mojej uwagi. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu White Raven [@wydawnictwowr] oraz autorce Katarzynie Lewandowicz [@k.lewandowicz_autorka].   

poniedziałek, 29 grudnia 2025

70. NIECHCIANY WSPÓŁLOKATOR – AT. Michalak

"Przez chwilę tylko na nią patrzyłem. Chciałem zapamiętać każdy szczegół – sposób, w jaki klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym rytmie, jak jej wargi były lekko rozchylone i opuchnięte od pocałunków. Była piękna." 

Sydney od lat dostrzegała w Loganie kogoś więcej niż tylko przyjaciela swojego narzeczonego. Przygotowując się do ślubu, jest jednak przekonana, że to uczucie dawno zdążyła wyplewić ze swojego serca. Wie, że to było jedynie chwilowym zauroczeniem, które nigdy nie miało prawa przerodzić się w coś więcej. Prawdziwa gra rozpoczyna się jednak w chwili, gdy cała trójka decyduje się zamieszkać razem. Ukradkowe spojrzenia i nieśmiałe gesty zwiastują wydarzenia, które wkrótce wystawią znajomość całej trójki na prawdziwą próbę. 

Są takie tytuły, które już od pierwszych linijek opisu intrygują, kuszą obietnicą wyjątkowej historii i skutecznie namawiają do zakupu. Równie często bywa jednak i tak, że gdy książka kilka chwil później wreszcie trafia w ręce czytelnika, przez jego umysł przewija się wątpliwość. „Niechciany współlokator” idealnie wpisuje się we wspomniany schemat, początkowo nawet i ze względu na samą okładkę cieszyłam się, że ta historia zasili wnętrze mojej rozległej biblioteczki. Ostatecznie jednak, z bólem serca, muszę przyznać, iż nie odnalazłam wspólnego języka z głównymi bohaterami, a ich decyzje oraz dynamika łączącej ich relacji, wykształciły we mnie zachowawczy dystans.

Pierwsze ziarno niezgody zostało zasiane w moim umyśle w zasadzie już przy prologu, który wrzucił mnie w sam środek sylwestrowej nocy, by zaledwie kilka zdań później zderzyć ze zdradą, niezwykle nagłą i nad wyraz nieprzemyślaną. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, iż bohaterowie, zanim pozwolili sobie na ten moment zapomnienia, tak naprawdę niewiele o sobie wiedzieli. To był impuls, krótka iskra, która przyciągnęła ich do siebie, zagłuszając głos rozsądku, jakby tej nocy granice przestały istnieć i nie miały pociągnąć za sobą żadnych konsekwencji, a przecież zaledwie piętro wyżej spał jej narzeczony, a jego dziewczyna wciąż tkwiła w cieniu świeżej jeszcze kłótni. Z jednej strony można by rzec, że doskonale wiedziałam, z czym w tej opowieści będę się mierzyć, z drugiej jednak doskonale wiecie, iż lubię oczekiwać od przedstawianej fabuły czegoś więcej: odrobiny polotu i wylewających się z kart powieści emocji, które pozwalają czytelnikowi prawdziwie wczuć się w to co opowiadane. Ten tytuł jednak nie zdołał wydobyć w pełni swojej głębi, skazując odbiorcę na rolę biernego obserwatora.

Chciałabym móc powiedzieć, że rozwój fabuły działał na korzyść tejże historii, lecz po zakończeniu tej przygody coraz wyraźniej dostrzegam, iż to właśnie początek tego tytułu był najmniej dotkliwy. Prawdziwa maskarada nie rozgrywa się bowiem od razu, dojrzewa powoli, w cieniu wspólnego mieszkania i ukradkowych spojrzeń. Prawdziwą kulminacją nieszczęść staje się bowiem prawda o Colinie, przedstawiona w taki sposób, by choć odrobinę uratować wizerunek Sydney w oczach czytelnika. Dalsza część opowieści natomiast sprawia wrażenie nie tylko coraz bardziej wymuszonej, lecz także słabo powiązanej z tym, co zostało wcześniej zbudowane, jakby kolejne zwroty akcji miały jedynie tuszować niezbyt trafne decyzje bohaterów zamiast logicznie z nich wynikać. I choć finał próbuje na nowo rozłożyć akcenty moralne na części pierwsze, pozostawia czytelnika na rozdrożu niezwykle sprzecznych emocji.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].