"Szczęście to prosta rzecz. Kiedy zaakceptuje się swój los nie ma już w życiu druzgocących upadków ani gwałtownych wzlotów. Te zmiany są wyczerpujące i utrudniają podejmowanie racjonalnych decyzji."
Fantastyka to gatunek, z którym nie miewam styczności
nagminnie, choć przy każdym kolejnym tytule tej kategorii żałuję tego coraz
silniej, nie trzeba więc zapewne nawet wspominać, iż sięgając po "Utkane
zaklęcia" moje dłonie wręcz drżały z podekscytowania. Uczucie, które nie miało prawa zaistnieć, magia zaklęta w szpulkach nadwyrężająca zdrowie, nadworskie projekty i intrygi kryjące się w zakamarkach zamkowych murów, to tylko część motywów, którymi kusiła mnie treść powyżej opowiastki. W nastoletnich latach uwielbiałam przerysowane falbaniaste suknie pokryte błyskiem, które zachwycały oczy swym kunsztownym wykończeniem, ubóstwiałam podziwiać proces ich przygotowania i szycia, dlatego też od samego początku tenże tytuł miał u mnie pewnego rodzaju fory. Zagłębiając się w historię Niamh i Christophera czułam się jak mała dziewczynka, która mogła powrócić do świata, gdzie czary i moda tworzą nierozerwalną sztukę, gdzie każdy szkic przeradza się w przepiękną opowieść o marzeniach, a zaklęcia stają się nieodłącznym elementem zamkowych intryg.
Przenikliwie rozczarowujący okazuje się również wątek, który od pierwszych zdań wydawał mi się nadzwyczaj zajmujący; postać Lovelace'a i wiążące się z tym rozgrywające się na królewskich dworze intrygi nadawały tejże historii wręcz baśniowy urok, z biegiem czasu stały się jednak jedynie narzędziem prowadzącym fabułę do z góry wyznaczonego celu, zamiast pełnoprawnym elementem zdolnym przykuć moją uwagę na dłużej. Pradawne tańce, dworska etykieta i ujmujące opisy scenerii to detale, których potencjał był wręcz zatrważający, scena z włamaniem do książęcej komnaty na dłuższą metę była jednak jedyną sceną, podczas której odczuwane przeze mnie emocje osiągnęły przejmujący zenit. Pozostałe wydarzenia wydawały się tylko strategicznymi ruchami na szachownicy w rozgrywce, której kierunek został określony już na samym początku, dlatego też pozostaje mi więc jedynie zastanawiać się, jak wiele mogłaby zyskać w oczach czytelnika ta historia, gdyby wspomnianym elementom pozwolić naprawdę zapłonąć.
Zazwyczaj nie zdarza mi się poczytywać opinii innych przed rozpoczęciem lektury, tym razem podziwiając niezwykłe grafiki przygotowane przez czytelników, mimochodem zdarzyło mi się zerknąć na kilka zdań. I podobnie, jak wielu innych, skłaniam się ku stwierdzeniu, iż "Utkane zaklęcia" to tytuł przepełniony niewykorzystanym potencjałem, zatraconym w zbytnim pośpiechu.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Books4YA [@books4ya].

.jpg)