niedziela, 26 kwietnia 2026

85. MUZA ROCKMANA – Penelope Ward

"Od pewnego czasu to ty jesteś moim spokojem, Emily. Czuję się lepiej, wiedząc, że też jesteś w trasie. Po raz pierwszy od dawna codziennie czekam na to, by móc się z kimś zobaczyć i porozmawiać. Z kimś, kto mnie nie osądzi. Kto ma gdzieś, ze jestem gwiazdą."

Emily miała tylko jeden konkretny cel, gdy znalazła się w samym środku kalifornijskiego pustkowia:  dostać się do ukrytego pośród bezkresu studia nagrań, o którym wiedzieć mogli tylko nieliczni. Nie miała planu, wierzyła jednak, że los jej sprzyja, kiedy to zmyślone imię i kilka starannie dobranych kłamstw stały się dla niej przepustką do świata, którego częścią nigdy nie chciała się stać. Nieplanowana trasa koncertowa u boku jednego z najsłynniejszych zespołów współczesnej muzyki dawała jej niepowtarzalną szansę, by raz na zawsze odgrodzić przeszłość grubą kreską. Nie przewidziała tylko, że każde uważne spojrzenie Tristana będzie zacierać wyznaczone przez nią granice, prowadząc ją na krawędź słodkiego obłędu.

Pióro Penelope Ward znane jest mi przede wszystkim za sprawą jej licznej twórczości w formacji z Vi Keeland, która dotychczas umiliła mi już niejeden nostalgiczny wieczór. Nie ma chyba tytułu ich wspólnego autorstwa, o którym nie słyszałabym wcześniej chociaż drobnego słówka, a nie da się ukryć, iż nie śledzę rynku wydawniczego ze zbyt sporym zapałem, co zapewne również może już mówić samo za siebie. Z zaskoczeniem jednocześnie uzmysłowiłam sobie, iż nasze ścieżki z samą Penelope Ward tak naprawdę nigdy się jeszcze nie przecięły, a kiedy na dodatek okazało się, iż tytuł, przy którym będziemy mieć okazję przełamać z autorką nasze pierwsze lody, jest zanurzony w realiach branży muzycznej, moje podekscytowanie rozrosło się do niebotycznych rozmiarów. Oczekiwałam więc historii, w której muzyka stanie się integralnym elementem świata przedstawiona, a nie jedynie jej ledwie zarysowanym, a wręcz zapomnianym szkieletem.

Podobnie jak w przypadku wspólnych tworów aktorek, „Muza Rockamana” również od samego początku wkręca nas w pewnego rodzaju intrygę, czytelnik czuje pod skórę, iż coś się dzieje, ale puzzle tejże układanki odkrywa stopniowo, zbierając pośród rozmów i najróżniejszych wydarzeń strzępki informacji. Zabieg ten sprawia, iż tak naprawdę ciężko oderwać się od czytanego tekstu, a pełne dojrzałości rozmowy głównych bohaterów sprawiają, iż czytanie staje się jeszcze przyjemniejsze. Początkowo nie byłam aprobatywnie nastawiona względem różnicy wieku między Emily i Tristanem, ostatecznie jednak buchająca między nimi chemia obezwładniła moją duszę w całości, a czyhający na mnie pod sam koniec nagły zwrot akcji, będący tym samym rozwiązaniem tlącej się w tle intrygi, był jak nokautujący cios.

Na dłuższą metę jedynym elementem, którego paradoksalnie mi w tej historii tak naprawdę zabrakło, okazał się właśnie ten długo wyczekiwany przeze mnie motyw muzyki. Wprawdzie pod kątem fabularnym historia ta została osadzona w realiach trasy koncertowej, a na dodatek wielokrotnie nawiązywała do samej idei tworzenia i życia prawdziwej gwiazdy, ostatecznie jednak odnoszę wrażenie, iż w natłoku zdarzeń jej magia zatraciła swój nieodparty blask. W zamian za to nie sposób jej jednak odmówić bogactwa pięknie napisanych komplementów oraz kwestii, które wielokrotnie na nowo zachwycały mnie swoją subtelnością, idealnie wpisując się w grono słów wartych zaznaczenia. Autorka dołożyła wszelkich starań, aby ukazać Tristana z bajecznie korzystnej perspektywy, dzięki czemu nie sposób było nie uleć jego intrygującemu urokowi, nawet jeśli on sam nie do końca panował nad konsekwencjami swoich decyzji. Rozczarowujące jednak okazało się dla mnie również i zakończenie, które wywarło na mnie wrażenie zbyt pośpiesznego i niedostatecznie rozwiniętego, by w pełni zaspokoić postawione przed nim wcześniej oczekiwania. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].    

piątek, 17 kwietnia 2026

84. I TAK ZOSTAWISZ MNIE NA LODZIE – Daria Górska

 "Chciałem ci powiedzieć, że... lubię to, że masz wiele twarzy, i to zabawne, bo na każdym spotkaniu poznaję cię na nowo, trochę inną. (...) Stałaś tam, na lodzie, cała w emocjach, broniąc tych swoich łyżew, jakby były częścią ciebie."

Zuzanna nie znała innej rzeczywistości niż ta, w której jej dzień zaczynał się i kończył na dźwięku ostrzy sunących po tafli lodu łyżew. To właśnie w tej pasji odnajdywała upragnione ukojenie, które gasło tuż po przekroczeniu progu własnego domu, lód był bowiem jedynym miejscem, w który wciąż czuła, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Perfekcyjnie przejechana w kwalifikacjach choreografia otwiera przed nią drzwi do nowych możliwości, a miejsce w nowym zespole to niepodważalna okazja, by wszystkim wokół w końcu udowodnić, że jej pasja to coś więcej. 

Za oknem co prawda rozkwita już powoli wiosna, dni stają się coraz dłuższe, a puchowe kurtki i nostalgiczne wieczory ustępują miejsca cieplejszym miesiącom, tytuł ten jednak jeszcze przez chwilę zatrzymuje nas w mroźnej rzeczywistości, gdzie śnieg przyjemnie skrzypi pod butami. „I tak zostawisz mnie na lodzie” to debiut, trzeba przyznać nadzwyczaj wdzięczny w swej formie, a i zadziwiająco zaskakujący jak na lodowiskowy motyw przewodni. Skierowany w głównej mierze do nastoletniej grupy odbiorców, skupia się na wartościach, które w tym wieku rezonują najmocniej; kruchych przyjaźni, nieustannym poszukiwaniu własnego miejsca oraz pasji, która potrafi pochłonąć bez reszty.

Na szczególne docenienie zasługuje przyjemna lekkość narracji, która pozwala wręcz płynąć przez prezentowane przez autorkę wydarzenia. Już od pierwszych stron splot zdarzeń pochłania czytelnika, zapewniając mu najróżniejszy wachlarz atrakcji na wielu płaszczyznach, podtrzymując tym samym intrygujące napięcie do ostatnich słów epilogu. Bohaterowie poboczni oraz ich problemy wdzięcznie uzupełniają całość, nadając jej potrzebnej głębi i tym samym tworząc historię, która zdaje się mieć własny sens, wyraźnie wyczuwalny między wersami. Nie mogłabym również nie wspomnieć o wątku związanym z przedstawieniem „Zaplątanych” na lodowej scenie, a choć bajka ta nie należy do moich ulubionych, wątek ten szybko pochłonął moje serce, sprawiając, iż z pełnym zaangażowaniem kibicowałam całemu przedsięwzięciu z małych trybun subtelnie naszkicowanych na kartach opowieści.

Zuzanna, choć jawi się jako bohaterką uparcie dążącą do celu, jednocześnie w oczach czytelnika bardzo szybko staje się postacią, której zachowanie nabiera wręcz przytłaczającego wydźwięku. Nie sposób bowiem wyzbyć się wrażenia, iż nieustannie błądzi ona pośród tych samych ścieżek. Owszem, jest w wieku, w którym na pierwszy rzut oka takie postępowanie mogłoby wydawać się wręcz naturalne, momentami odnosiłam jednak wrażenie, jakby niemal z premedytacją trwała w labiryncie własnych problemów, kurczowo wierząc, że nie istnieje dla niej żadna droga ucieczki. Zabrakło rozmów, drobnych negocjacji i prób, a przede wszystkich też szczerych chęci, które nie rodzą się w konsekwencji wcześniejszych kłamstw. Niedopracowany okazał się dla mnie również i finał tej historii, który nie przyniósł mi ukojenia, a nawet i pozostawił we mnie pewnego rodzaju rozczarowanie, odnoszę bowiem wrażenie, iż zakończenie "I tak zostawisz mnie na lodzie" nie wyjaśniło wielu wątków, które zarysowane z prawdziwym potencjałem na łamach historii, ostatecznie pozostały zepchnięte na margines, jakby wręcz niewarte dalszego rozwinięcia. W efekcie wciąż tli się we mnie irytujący niedosyt. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Odyseya [odyseya.books].

wtorek, 7 kwietnia 2026

83. BLOODY SIN – Veronica Eternal

"Ile było we mnie jeszcze prawdziwej Anthei, która istniała, zanim zdołała poznać brutalność, jaką było po prostu życie? (...) Byłam jak nieśmiertelnik skazany na życie wieczne. Czas pędził, a ja stałam w tym samym miejscu. Martwa."

Od dziecka szkolona, by w przyszłości nie tylko przejąć władzę, ale i przetrwać w świecie, w którym nie ma miejsca na błędy, a każdy ruch może kosztować czyjeś życie. Tam, gdzie wrogowie czają się w cieniu, a sojusze bywają śmiertelną pułapką, jej ojciec chrzestny postanawia oddać ją pod opiekę doświadczonego ochroniarza. Mężczyzna ma jasno wyznaczony cel: zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo i trzymać się na uboczu. Ten plan od samego początku jest jednak skazany na porażkę.

W ostatnich miesiącach moje półki uginały się raczej pod ciężarem słodkawych romansideł i intrygujących opowieści z pogranicza fantasy, tym razem jednak z czystej bowiem ciekawości pozwoliłam się skusić obietnicy przesyconego tajemnicą i niebezpieczeństwem tajemniczego romansu mafijnego. Oczekiwałam powieści, która rozpali moje serce do czerwoności, wzbudzi we mnie emocje, które trudno będzie wyrazić słowami i zatruje umysł uporczywym napięciem; chciałam historii, która nie zapyta mnie o pozwolenie, lecz wciągnie i nauczy tańczyć na cienkiej granicy fascynacji i prawdziwego strachu. Ostatecznie jednak w moje ręce trafiła książka, która nie oferuje nic poza dusznym chaosem, rozlewającym się po tekście, plączącym wątki i mieszającym kierunki, a tym samym odbierającym tejże historii głębszy sens. Bohaterowie toną w niedopowiedzeniach, emocje gasną szybciej niż jesteśmy w stanie bliżej im się przyjrzeć, a obiecany mrok znika w zasadzie tuż po przeczytaniu opisu.

„Bloody Sin” nienaturalnie szybko grzęźnie w nieścisłościach, a to przede wszystkim za sprawą nadzwyczaj niespójnej kreacji głównej bohaterki, która zdaje się błądzić w odmętach własnej tożsamości, nie do końca umiejąc odnaleźć swoje prawdziwe ja. Kreowana na silną i nadzwyczaj niezależną kobietę, w rzeczywistości jawi się jako osoba uzależniona, nieporadna i niezdolna do udźwignięcia roli, którą jeszcze za życia wyznaczył dla niej ojciec. Sceny, w których ucieka w przemoc, narkotyki i autodestrukcję, nie budzą emocji, jedynie odsłaniają jej irytującą niedojrzałość emocjonalną. Postać Nicholasa również nie wydaje się być postacią odpowiednio przemyślaną, zatrudniony do roli ochroniarza, w decydujących momentach wręcz rozpływa się w powietrzu, wielokrotnie pozostawiając Antheę na pastwę własnych lęków. Na dodatek zdaje się nie dostrzegać konsekwencji, jakie mogłyby go spotkać w konsekwencji romansu z podopieczną i na dodatek mafijną dziedziczką. W rezultacie opowieść tonie, a logika wydarzeń rozmywa się na rzecz wygody fabularnej, pozostawiając czytelnika w uczucie ciągłego niezrozumienia. 

Z czasem męcząca okazuje się również i długość tejże powieści, która sprawia wrażenie sztucznie rozwleczonej, podporządkowanej konieczności rozbudowania jej do bardziej objętościowego tekstu, który byłby w stanie stać się podstawą do kolejnego tomu. Liczne opisy, często rozległe i irytująco drobiazgowe, na dłuższą metę spowalniają narrację, odbierając jej przyjemną lekkość. Co więcej, niemal żaden z wątków w tym oto tomie nie zostaje w pełni dopięty, przez co lektura szybko zaczyna nużyć, odbierając czytelnikowi ostatnie skryte pokłady satysfakcji. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].   

sobota, 4 kwietnia 2026

82. SALI PÓŁTORAUCHA – Tom 1: Płomyk, który zgasił świecę – Maciej Kur

 "Znana lepiej jako Świeca Narodzin. Obdarzona przez moce tajemne nigdy niegasnącym ogniem. (...) Mrożące krew w żyłach historie o tych, co podążyli jej szukać, ale nie wrócili już nigdy, bo okazali się niegodni."


Miasteczko, w którym perfekcja była najdoskonalszą z broni. Piękno osiągało tu najwyższą cenę, a każda, choćby najdrobniejsza skaza naznaczała niczym piętno, którego nie sposób byłoby się pozbyć. I jak na przekór temu światu, w samym środku tego przeklętego miejsca mieszkał on – niskorosły elf, którego obecność była tutaj nadzwyczaj niewygodna. Jego imię szeptano ciszej niż inne, a spojrzenia, które na nim spoczywały, pełne były chłodu i ukrytej pogardy. Los miał jednak wobec niego własne zamiary w postaci przygody, która miała wykraczać hen daleko poza mury Świątyni Piękna. A gdzieś na jej krańcu czekało coś więcej niż obietnica magicznej zmiany, która mogła bezpowrotnie odmienić jego maleńki świat. 

Niewiele książek w mojej biblioteczce mogłabym uznać za w pełni ponadczasowe, jednak „Płomyk, który zgasił świece” to tytuł, który, sama nie wierzę, że to mówię, myślę, że w przyszłości z całą pewnością chętnie powierzę w ręce własnych dzieci. Już od pierwszych stron czytelnik zostaje bowiem wciągnięty w świat pełen zaskakujących przygód i zadziwiających stereotypów, w którym bohaterowie muszą nie tylko mierzyć się z przeciwnościami krnąbrnego losu, ale i własnymi ukrytymi głęboko pod skórą słabościami. To opowieść przepełniona intrygująco fantastycznymi elementami, która niesie ze sobą wiele uniwersalnych wartości, jakie chciałabym, by każde z moich dzieci uważało za pan brat. Ta historia nie tylko bawi, ale również uczy odwagi i ukazuje niezwykłą siłę przyjaźni. Podejrzewam, że nawet czytana kilkukrotnie może fascynować, pozwalając czytelnikowi za każdym razem odnajdywać w niej nowe niuanse.  

Z zaskoczeniem muszę przyznać, iż wątek romantyczny w tej opowiastce okazał się dla mnie najmniej interesujący, wciąż ciekawy, jednak wręcz wyblaknięty na tle pozostałych elementów. Świat przedstawiony wykreowany przez autora, magia przyjaźni i cudownie dopracowane w detalach postacie nadprzyrodzone pochłonęły większość mojej uwagi, podobnie zresztą jak perypetie walczącego w imię własnego zdania Promyka. Jego relacja z Sali była urocza, momentami nawet rozczulająca, a jednak przez większość czasu pozostawała dla mnie gdzieś na drugim planie. Po zakończeniu lektury wydaje mi się nawet, że mogłam ignorować ją wręcz świadomie, jakby w obawie, iż w zbyt oczywisty sposób spłaszczy złożoność charakterną głównych bohaterów, odbierając im ten charakterystyczny błysk w oczu. Muszę oddać jednak tej historii jedno: pojawienie się alternatywnej Sali, a także wszelkiego rodzaju zdarzenia, które nastąpiły w dalszej części, wycisnęły ze mnie i nawet kilka łez, sprawiając tym samym, że i nawet i ten pozostający przez większość czasu w cieniu wątek ostatecznie zrobił na mnie wrażenie. 

Sięgając po ten tytuł nie wiedziałam nawet, że "Płomyk, który zgasił świecę" to pierwszy tom serii skrywającej się pod nazwą "Sali Półtoraucha", choć nie ukrywam jednocześnie, iż czuję się tym faktem nadzwyczaj zaintrygowana. Obawiam się jedynie, że kolejne części, jak to zazwyczaj już bywa, mogą nie udźwignąć wysoko postawionej przeze mnie poprzeczki, nie zmienia to jednak faktu, iż z nienaturalnym napięciem wyczekuje dalszych perypetii Promyka. Wierzę, że ta seria na stałe zagości w gronie moich ulubionych, podtrzymując wysoko angażujący czytelnika potencjał. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu SQN [@sqn_imaginatio].