"Czuł, że do siebie przynależą. To nie mógł być przypadek. Kiedy byli blisko, miał wrażenie, że dają sobie siłę niezbędną do przetrwania. Łączyła ich równość i zrozumienie, którego nie dzielił wcześniej z żadną kobietą."
„Mistrz Tortur” to trzecia część cyklu książek kryjąca się pod nazwą „Mroczni Oblubieńcy”, z którą nie miałam wcześniej okazji obcować. Nie ukrywam, iż zwykle staram się czytać poszczególne tomy serii zgodnie z ich kolejnością, tym razem jednak mroczna obietnica skryta pomiędzy słowami opisu okazała się na tyle kusząca, by złamać we mnie tenże nawyk. Czeluści lochów, zakazane uczucie, czary i mistrz tortur o nieznanych nikomu pobudkach – nic więc dziwnego, iż sięgnęłam po ten tytuł z dość wygórowanymi oczekiwaniami. Chciałam czuć tę opowieść całą duszą, pozwolić wciągnąć się jej w wir intryg i poddać w obiekcie granicę między dobrem a przysłowiowym złem, jednak czy tytuł ten w pełni temu sprostał? Zacznijmy jednak od początku.
To, co od pierwszych stron pozostało we mnie niezmienne, to wyjątkowe zaintrygowanie usposobieniem Valdrima, na pierwszy rzut oka zimny i zamknięty w swej bezwzględności, przyzwyczajony do samotnej strudzonej wędrówki i siania wokół siebie tajemniczego spustoszenia, a jednak wystarczyło jedno uważniejsze spojrzenie, by dostrzec w jego oczach nieznośny ból i ślady niezaleczonych ran, o których nie sposób opowiedzieć czy ukoić prostym słowem. Niezwykle fascynująca okazała się również słabość mężczyzny wobec Lydii, która niestrudzoną odwagą w zaledwie kilka chwil przedarła się przez budowane pieczołowicie przez lata mury. Nieustanna troska, serce gotowe do malowniczych wyrzeczeń, a przede wszystkim bolesna lekkość w rezygnacji z własnych pragnień, jeśli tylko mogłoby to przynieść jej choć odrobinę szczęścia, to tylko część cech odpowiedzialnych za fakt, iż koło tego mężczyzny nie sposób przejść obojętnie.
Tempo prowadzenia akcji było aspektem, które w moim odczuciu miało niezwykle fundamentalny, ale i jednocześnie najbardziej szkodliwy wpływ na treść przedstawionych w powyższym tytule wydarzeń. Odnoszę bowiem wrażenie, że wystarczyłoby zaledwie kilkadziesiąt dodatkowych stron, by dać tej historii przestrzeń do pełnego i ujmującego rozkwitu, który umożliwiłby emocjom towarzyszącym czytelnikowi podczas lektury na dobre zakorzenić się w jego umyśle. Tymczasem wydarzenia zawarte w kilku ostatnich rozdziałach pędzą naprzód w zawrotnym tempie, tak, jakby ktoś postanowił zamknąć je za pomocą jednego machnięcia czarodziejskiej różdżki, przez co na dłuższą metę tracą one swój unikatowy urok i burzą nabudowane wcześniej słodkawe napięcie.
"Mistrz tortur" to tytuł o wręcz monstrualnym, lecz zatraconym na przełomie jego treści, potencjałem, który ma w sobie o wiele mniej mroku, niż mogłabym się po nim początkowo spodziewać, a mimo to wydaje się być przesiąknięty aurą na tyle interesującą, by skłonić mnie w przyszłości do ponownego spotkania z twórczością autorki. Mam bowiem pewne uporczywe przeczucie, miejmy nadzieję, iż niezbyt mylne, że któryś z poprzednich tomów serii może na dobre zawładnąć moim wybrednym sercem.
Za możliwość przeczytania dziękuję autorce [@melisa.bel.autorka].
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz