czwartek, 11 czerwca 2026

89. ESCAPE ROOM – Maren Stoffels

"Ekran ciemnieje, ale teraz już go nie potrzebuję. Ściągam ze swojej szyi apaszkę i wrzeszczę z całych sił. Biję się po głowie i walę w ściany. Muszą robić to, co im każę"

Czwórka przyjaciół, zwyczajne letnie popołudnie, okoliczny escape room i niewinna gra, w której po przekroczeniu progu znikają wszystkie zasady. Otoczeni siecią kłamstw, pęczniejącym w krwi strachem i zapomnianymi tajemnicami, muszą zmierzyć się nie tylko z uciekającym czasem, ale też z własnymi lękami. W tym miejscu każdy wybór ma swoje konsekwencje, a nawet najmniejszy błąd może kosztować więcej, niż którekolwiek z nich jest w stanie przewidzieć, bowiem stawką nie jest rozwiązanie zagadki, tylko własne życie, a z tej gry nie każdy zdoła wyjść cało. 

W dniu, w którym po raz pierwszy przekroczyłam próg okolicznego escape roomu, nie spodziewałam się, że będzie to miejsce, do którego będę chciała jeszcze kiedykolwiek wrócić, tymczasem okazało się, że chwila, w której pozornie niepasujące do siebie elementy, zaczynają tworzyć spójną całość, jest dla mnie co najmniej fascynująca. Nienawidzę horrorów, nie usnę sama w pustym domu i czasami boję się własnego cienia, a mimo to dreszczyk emocji, który czuję zamknięta pośród czterech na pozór pustych nic nieznaczących ścian, z sercem bijącym odrobinę szybciej niż zwykle, jest moim ukochanym przejawem adrenaliny. „Escape Room” od Marena Stoffelsa już od dnia zapowiedzi wydawało się więc historią skrojoną wręcz pod moje upodobania – czyhająca za rogiem mrożąca krew w żyłach zagadka, narastające napięcie, sens, ukryty w najdrobniejszych szczegółach, bohaterowie, którzy ukrywali przed sobą więcej, niż kiedykolwiek mogliby się spodziewać, i on, mistrz gry, który nie zamierzał doprowadzić uczestników do wyjścia.

Powyższy tytuł jest lekturą nad wyraz krótką, lekką i zaskakująco mało brutalną, jak na to, czego w pierwszy chwili spodziewałabym się po przeczytaniu jej opisu, jednak nawet mimo tego, ciąg przygotowanych wydarzeń utrzymuje ciekawy i podtrzymujący w napięciu nastrój. Od pierwszym stron czytelnik walczy bowiem z wrażeniem, iż prawdziwe znaczenie rozgrywających się na jego oczach zdarzeń, nieustannie wymyka mu się z rąk. Zapewne dużą rolę odgrywa w tym kontekście wieloperspektywiczna narracja, która umiejętnie zaciera granice między tym, co pewne, a tym, co jedynie urojone, sprawiając, że kolejne elementy układanki coraz trudniej ułożyć w spójną całość. 

Nie sposób ukryć, iż początkowo podchodziłam do objętości tej historii z pewną sceptycznością, tak krótka forma bowiem rzadko kiedy obdarza bohaterów wystarczającą ilością przestrzeni, by w pełni zaangażować czytelnika w przeżywane przez nich emocje. Po zakończeniu tej lektury wiem jednak, iż zwięzłość stanowi jedną z jej największych zalet, autor nie rozwleka bowiem fabuły przydłużającymi się opisami i nadmiernym wachlarzem szczegółów, dzięki czemu historia ta zachowuje zwartą dynamikę. Co więcej, nie wymaga od odbiorcy nieustannego skupienia, a mimo to skutecznie wciąga go w labirynt tajemnic i narastającej niepewności, przez co staję się idealną lekturą na leniwe popołudnie. 

Boleśnie rozczarowujące okazuje się jednak zakończenie, które, biorąc pod uwagę budowane wcześniej napięcie, zdawało się obiecywać swoją manierą znacznie więcej. Liczyłam więc na nagły i zaskakujący w swojej formie zwrot akcji, który całkowicie odmieni sposób postrzegania przeze mnie rzeczywistości, tymczasem finał przynosi odpowiedzi zbyt oczywiste, by sprostać postawionym i konsekwentnie nadbudowywanym od pierwszych stron oczekiwaniom, w efekcie pozostawiając czytelnika z wyraźnym poczuciem niedosytu. Epilog więc, choć domyka najważniejsze wątki, sprawia wrażenie zachowawczego i pozbawionego odpowiednich predyspozycji, by nadać opowieści prawdziwie niezapomniany wymiar.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Feeria [@wydawnictwo_feeria].  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz