"Ile było we mnie jeszcze prawdziwej Anthei, która istniała, zanim zdołała poznać brutalność, jaką było po prostu życie? (...) Byłam jak nieśmiertelnik skazany na życie wieczne. Czas pędził, a ja stałam w tym samym miejscu. Martwa."
Od dziecka szkolona, by w przyszłości nie tylko przejąć władzę, ale i przetrwać w świecie, w którym nie ma miejsca na błędy, a każdy ruch może kosztować czyjeś życie. Tam, gdzie wrogowie czają się w cieniu, a sojusze bywają śmiertelną pułapką, jej ojciec chrzestny postanawia oddać ją pod opiekę doświadczonego ochroniarza. Mężczyzna ma jasno wyznaczony cel: zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo i trzymać się na uboczu. Ten plan od samego początku jest jednak skazany na porażkę.
W ostatnich miesiącach moje półki uginały się raczej pod ciężarem słodkawych romansideł i intrygujących opowieści z pogranicza fantasy, tym razem jednak z czystej bowiem ciekawości pozwoliłam się skusić obietnicy przesyconego tajemnicą i niebezpieczeństwem tajemniczego romansu mafijnego. Oczekiwałam powieści, która rozpali moje serce do czerwoności, wzbudzi we mnie emocje, które trudno będzie wyrazić słowami i zatruje umysł uporczywym napięciem; chciałam historii, która nie zapyta mnie o pozwolenie, lecz wciągnie i nauczy tańczyć na cienkiej granicy fascynacji i prawdziwego strachu. Ostatecznie jednak w moje ręce trafiła książka, która nie oferuje nic poza dusznym chaosem, rozlewającym się po tekście, plączącym wątki i mieszającym kierunki, a tym samym odbierającym tejże historii głębszy sens. Bohaterowie toną w niedopowiedzeniach, emocje gasną szybciej niż jesteśmy w stanie bliżej im się przyjrzeć, a obiecany mrok znika w zasadzie tuż po przeczytaniu opisu.
„Bloody Sin” nienaturalnie szybko grzęźnie w nieścisłościach, a to przede wszystkim za sprawą nadzwyczaj niespójnej kreacji głównej bohaterki, która zdaje się błądzić w odmętach własnej tożsamości, nie do końca umiejąc odnaleźć swoje prawdziwe ja. Kreowana na silną i nadzwyczaj niezależną kobietę, w rzeczywistości jawi się jako osoba uzależniona, nieporadna i niezdolna do udźwignięcia roli, którą jeszcze za życia wyznaczył dla niej ojciec. Sceny, w których ucieka w przemoc, narkotyki i autodestrukcję, nie budzą emocji, jedynie odsłaniają jej irytującą niedojrzałość emocjonalną. Postać Nicholasa również nie wydaje się być postacią odpowiednio przemyślaną, zatrudniony do roli ochroniarza, w decydujących momentach wręcz rozpływa się w powietrzu, wielokrotnie pozostawiając Antheę na pastwę własnych lęków. Na dodatek zdaje się nie dostrzegać konsekwencji, jakie mogłyby go spotkać w konsekwencji romansu z podopieczną i na dodatek mafijną dziedziczką. W rezultacie opowieść tonie, a logika wydarzeń rozmywa się na rzecz wygody fabularnej, pozostawiając czytelnika w uczucie ciągłego niezrozumienia.Z czasem męcząca okazuje się również i długość tejże powieści, która sprawia wrażenie sztucznie rozwleczonej, podporządkowanej konieczności rozbudowania jej do bardziej objętościowego tekstu, który byłby w stanie stać się podstawą do kolejnego tomu. Liczne opisy, często rozległe i irytująco drobiazgowe, na dłuższą metę spowalniają narrację, odbierając jej przyjemną lekkość. Co więcej, niemal żaden z wątków w tym oto tomie nie zostaje w pełni dopięty, przez co lektura szybko zaczyna nużyć, odbierając czytelnikowi ostatnie skryte pokłady satysfakcji.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz