"Z każdą spędzoną z nimi chwilą obie są mi coraz bliższe, a one zapewne coraz bardziej przywiązują się do mnie. Z jakiegoś powodu na tę myśl serce kurczy mi się z niepokoju. Ale wcale nie mam ochoty się wycofać."
Ich historia zaczęła się od przypadkowego nadepnięcia na dinozaurzy ogon, słodkiej szarlotki i poplamionej koszuli i, choć okoliczności mogłyby wydawać się zabawne, początek tej znajomości nie należał do udanych. Sutton i Hugh są jak ogień i woda, jednak już w walentynkowy wieczór mają stanąć ramię w ramię na ślubnym kobiercu jako świadkowie swoich najlepszych przyjaciół, nie pozostaje im więc nic innego, jak spróbować odnaleźć choć nić porozumienia. Ta współpraca nie będzie łatwa. On najchętniej zamknąłby świat w przejrzystych rubrykach Excela, nadał mu daty, priorytety i kolory. Ona tymczasem jest jego zgubnym przeciwieństwem; odrobinę roztrzepana, doświadczona przez życie i oddana górze obowiązków. Zderzenie ich światów może jednak okazać się dla nich najpiękniejszą lekcją cierpliwości.
Twórczości Ludki Skrzydlewskiej od lat nie potrafię się oprzeć, jednak „Do wesela się zagoi” to tytuł, który wygodnie rozsiadł się w mojej głowie już kilka dni temu i wciąż nie chce z niej wyjść, choć przeganiałam go już stamtąd kilkukrotnie. Zawsze wydawało mi się, że dobrą książkę budują przede wszystkim przewrotne zwroty akcji, w tym przypadku jednak nie mieliśmy do czynienia z żadnymi zdarzeniami, które mogłyby mnie w sposób dosłowny popchnąć na krawędź, a jednak czuję się rozłożona na łopatki. Każda strona tej historii pachnie wadą cukrową, a całość otula jak ramiona ulubionej osoby, w których można schować się przed przytłaczającą codziennością. Błahe na pierwszy rzut oka gesty i ciche obietnice zyskują tu niezwykłą moc, udowadniając, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wielkich słów, a odnajduje swój najprawdziwszy sens w prostocie. To również najlepszy dowód na to, że siła historii nie tkwi w piętrzących się dramatach, lecz w szczerości uczuć i dojrzałej komunikacji, a relacja Sytton i Hugh jest tego najpiękniejszym uosobieniem.
Zapewne powtórzę to już któryś raz, ale lekkość, z jaką Ludka konstruuje kręgosłupy moralne swoich literackich postaci, mimo wielu przeczytanych przeze mnie spod jej pióra książek, wciąż mnie zachwyca. Muszę jednak przyznać, że szczególną słabość czuję wobec stworzonych przez nią męskich bohaterów, którzy za każdym razem mają w sobie coś niebywale zapadającego w pamięć. Hugh jednak spośród tego sporego już dosyć grona wysunął się dla mnie na szczególne prowadzenie, od pierwszych stron urzekł mnie bowiem swoją powściągliwością i tym jego charakterystycznym, nieco wycofanym sposobem bycia. Uwielbiałam chwile, w których porzucał swoją stoicką maskę i pozwalał sobie na prawdziwe emocje; scena, w której po raz pierwszy, dzięki Susie, roześmiał się pełną piersią, na zawsze odcisnęła swoiste piętno na moim serduszku. Podobnie zresztą jak moment, w którym wbrew swoim przyzwyczajeniom oraz zamiłowaniu do faktur, zamówił dla niej z Temu naklejki z dinozaurami. Ten drobny gest powiedział o nim więcej niż najbardziej spektakularne deklaracje, których swoją drogą również sporo miał na koncie.
Na docenienie zasługuje również cały przygotowany przez autorkę arsenał wątków pobocznych, pośród których każdy z czytelników zapewne odnajdzie swój ulubiony. Narty, walentynkowy ślub głównych bohaterów poprzedniego tomu o Silver Springs, niepokojąca przeszłość maleńkiej Susie, a to wszystko w akompaniamencie całej gromady przesłodkich dinozaurów, a od czasu do czasu również mumii, czy więc może być lepiej?
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz