„Nie ty jeden tak czujesz, Colby. Po prostu nie chciałam być pierwszą, która otworzy swoje serce. Wydaje mi się, że byłam pełna wahania, bo nie potrafię przemóc lęku, że jeśli dam się ponieść temu uczuciu, to upadnę, a ty mnie nie pochwycisz.”
Colby pojawił się tam, gdzie nie powinno go być, w sytuacji, której nie planował stać się uczestnikiem. Jako niemy obserwator był świadkiem triumfu Billie i, choć wszystko wskazywało na to, że po tym wydarzeniu będzie trzymał się od niej z daleka, los miał wobec niego inne zamiary. To właśnie tamta scena, zamiast zakończenia, okazała się cichą iskrą fascynacji, której Colby nie potrafił, a można wręcz rzec, nie chciał już ugasić. Billie jednak niosła ze sobą ciężar przeszłych doświadczeń, które nauczyły ją ostrożności i kazały wierzyć, że bezpieczniej będzie zatrzymać się na granicy przyjaźni. Czy w ramionach Colby'ego odważy się ją przekroczyć?
Vi Kelland to autorka, której pióro wspominam jeszcze z nastoletnich lat, to właśnie tytuły spod jej pióra jako pierwsze z nielicznych zagościły na półkach mojej biblioteczki, dlatego wiem, że już zawszę będę darzyć jej twórczość niezmiennym sentymentem. Z kolei dorobek twórczy Penelope Ward do dziś stanowi dla mnie pewnego rodzaju zagadkę; słyszałam wiele najróżniejszych opinii o jej tytułach, tak naprawdę jednak tylko te, które wydała w swej przeszłości jako współautorka zapadły mi w pamięć, jej solowe dzieła natomiast pozostają mi wciąż praktycznie nieznane. Nie ukrywam jednak, że ponowne spotkanie z duetem dwóch, pozornie tak sprzecznych ze sobą tychże autorek wywołało we mnie pewnego rodzaju wzruszenie, które teraz, po zakończeniu przygody z pierwszym tomem serii „Nie pasujemy do siebie”, przerodziło się w oczekiwanie ku kontynuacji.
Jednym z największych atutów tej oto historii, podobnie jak w przypadku innych pozycji tychże autorek, pozostaje ta znajoma mi lekkość w słowach, wciąż nie potrafię nie tylko odkryć jej sekretu, ale i uodpornić się na tego rodzaju magię. Vi Kelland wraz z Penelope Ward mogłyby opowiadać o tragedii na miarę światową, a wciąż miałabym pewność, że to będzie ciężka, ale wciąż przyjemna w odbiorze opowieść. To zabieg, który sprawia, że każde słowo zdaje się być pisane dla mnie – nie przez mnie, lecz po prostu dla mnie – niosąc za sobą często frustrujące, ale niezmiernie ważne przesłanie.
Bieg zdarzeń, z którym na naszych oczach mierzą się bohaterowie, choć z pozoru banalny, nie należy do najprostszych; natłok najróżniejszych emocji, a także wydarzenia, które doprowadzają do zbudzenia wydawać, by się mogło dawno uśpioną i zakopaną kilkadziesiąt metrów pod ziemią przeszłość, pozwalają jednak spojrzeć na tę historię w inny sposób. Niepozorny początek jak z znanej nam wszystkim przestarzałej komedii romantycznej przeradza się bowiem w opowieść o bólu, poświeceniu oraz walce o lepsze jutro, a jakby tego było nam wciąż mało, stawia przed pytaniem, które chociaż wydawać, by się mogło nie dotyczy nikogo z nas, skłania do głębszej refleksji – jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla miłości?„Nie pasujemy do siebie” nie jest pozycją idealną, nie ukrywam, że zawiera ona momenty, które miałam ochotę przewinąć jak obrazy w kalejdoskopie, aby nigdy do nich nie wracać. Niemniej jednak poruszyła tematy, które chociaż są mi obecnie w teorii obce, uważam za nadmiernie ważne. Podróż w czasie z Billym i Colbym stała się dla mnie lekcją; może nieco przydługą, ale jedną z tych, które kiełkują w sercu przez lata, by w końcu okazać się nie tylko przydatnymi, ale wręcz niezbędnymi.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].

