wtorek, 20 stycznia 2026

73. Nora, tego nie ma w scenariuszu – Annabel Monaghan

"Miałaś kiedyś uczucie, że znikasz? (...) Jakbyś miała niezachwianą pewność,  że nadejdzie dzień, gdy się zbudzisz i odkryjesz, że najbardziej autentyczna część ciebie została wycięta, zastąpiona czyimiś planami? 

Mogłoby się wydawać, że życie Nory wraz z odejściem męża bezpowrotnie się skończyło, jednak choć zmieniło kierunek, kobieta uczyniła z niego scenariusz na miarę Hollywood. Niedługo później jej przepiękny dom w dolinie Hudson wypełnia się więc światłem reflektorów i całą ekipą obcych ludzi. Staje się prawdziwym planem filmowy, Nora jednak odlicza już dni do momentu, gdy będzie mogła wrócić do swojego nadzwyczaj uporządkowane życia. Zdjęcia wreszcie się kończą, jednak nic nie jest już takie samo, a Leo – aktor zdecydowanie zbyt seksowny, by mógł wiarygodnie wcielić się w rolę jej byłego męża – ani myśli się wyprowadzać.

„Nora, tego nie ma w scenariuszu” to tytuł wyjątkowo smukły objętościowo w porównaniu do literatury, którą można odnaleźć pośród regałów mojej biblioteczki, z góry więc założyłam, że pochłonę go w mniej niż jeden wieczór. Początkowo obawiałam się, że jedyną przeszkodą stojącą na mojej drodze może być prosty, nieco wychudzony język, w którym na próżno szukać wysublimowanych, rozlazłych opisów akcji, do których bywam przyzwyczajona. Autorka skupia się bowiem przede wszystkim na dynamice wydarzeń, dbając o to, by dialogi angażowały czytelnika na tyle, aby nie odczuwał dotkliwego braku pogłębionej narracji. Pozornie oszczędna forma szybko okazała się jednak w rękach Annabel Monaghan niezwykle ciekawym zabiegiem, który sprawił, że lektura nabrała przyjemnej lekkości.

Moje szczególne uznanie zyskał przede wszystkim sposób, w jaki autorka splotła ze sobą ciąg zawartych w tym tekście zdarzeń; z niebywałym wyczuciem, ale i niespotykaną nieschematycznością. Fabuła tej historii przesycona jest codziennością, Nora jest bohaterką nieidealnie idealną, pełną sprzeczności, podczas gdy Leo stanowi słodkie przeciwieństwo wszystkiego, czego można by się po nim kiedykolwiek spodziewać. Wspólnie tworzą opowieść o najróżniejszych odcieniach miłości, ale i o bagażu doświadczeń, które ze sobą niesie, w akompaniamencie magicznych wschodów słońca i hollywoodzkiej codzienności. Tytuł ten przypomina, że w świecie pełnym końców i początków warto czasem zwolnić i w porannym świetle odnaleźć sens tam, gdzie wcześniej mógł być tylko ból.

Wciąż Wam mało? Na dokładkę mam dla Was jeszcze cały wachlarz wyrazistych bohaterów pobocznych, wśród których szczególnie zapada w pamięć przesympatyczna dwójka urwisów towarzyszących nam przez całą przygodę. Relacja, którą tworzą wraz z Leo, ukazuje go w niezwykle ciepłej odsłonie, odsłaniając mimochodem jego niezwykłą zdolność do budowania relacji. Jednocześnie ich obecność pełni w historii rolę znacznie istotniejszą, niż mogłoby się wydawać, porządkuje narrację, ale wzmacnia jej wydźwięk, dzięki czemu opowieść staje się bardziej wielowymiarowa i niezwykle angażująca. Muszę zaznaczyć, że choć to moje pierwsze, to jednocześnie na pewno nie ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz