sobota, 31 stycznia 2026

75. TO NIE JEST KRAJ DLA SINGLI – Felicia Kingsley

"Ale mleko się już rozlało. Wiesz, Michael, z początku cieszyłam się z naszego spotkania. Naprawdę chciałam umówić się z tobą na tę pizzę, tylko we dwoje, ale teraz przeklinam dzień, w którym tu wróciłeś." 

Belvedere in Chianti, skąpane w toskańskim słońcu, to idylliczne miasteczko w samym sercu Włoch, gdzie pośród malowniczych krajobrazów i pachnących winoroślą winnic o przystojnych kawalerów walczy się do ostatniego tchu. Wieść o powrocie dwóch niezwykle przystojnych mężczyzn, którzy niegdyś spędzali tu każde lato, rozchodzi się po miasteczku z prędkością światła. Podczas gdy matki snują weselne plany, a młode panny oddają słodkim marzeniom, dla Michaela Belvedere pozostaje miejscem dusznym od wspomnień. Nie potrafi odnaleźć w nim swojego miejsca, dopóki los nie stawia na jego drodze Elisy, dawnej przyjaciółki i jedynej kobiety, która, mimo upływu lat, wciąż dzierży w swoich rękach skrawek jego serca.

Odkąd tylko przeczytałam zapowiedź tego tytułu na stronie wydawnictwa, wiedziałam, iż nie będę potrafiła go sobie odmówić. Toskania, idylliczny krajobraz, małe średniowieczne miasteczko, słodkawy romans i wielopokoleniowa winnica brzmią jak przepis na historię skrojoną dokładnie pod mój gust. W tle przewija się również motyw spotkania po latach, który, choć nie należy do moim ulubionych, w rękach Felicji miał naprawdę spory potencjał, by stać się małym, porywającym dziełem sztuki. I choć nie jestem specem w hiszpańskiej kuchni, za talerz popisowego pappardele z rąk bohaterów oddałabym naprawdę wiele.

Największym atutem „To nie jest kraj dla singli” pozostaje przede wszystkim jego jedyny w swoim rodzaju klimat, który nie pozwala zapomnieć o sobie na długo po odłożeniu lektury. To jedna z tych historii, przy których myśli same uciekają ku skąpanym w słońcu wzgórzom, stromym, ukwieconym uliczkom oraz zapachowi dojrzewających winogron, którym wręcz nasiąkły strony tej opowieści. Czytając, nie sposób nie rozmarzyć się choćby na chwilę i nie zapragnąć przenieść do tego świata razem z bohaterami, chadzać niespiesznie między winoroślami, tańczyć w pełnym słońcu, pozwalając, by codzienność zwolniła swój rytm. Chciałam uczestniczyć w życiu miasteczka, w jego drobnych rytuałach i wydarzeniach, które dla Elisy mogłyby wydawać się reliktem przeszłości, a które w moich oczach nabrały wyjątkowego znaczenia, tworząc nową niezwykle magiczną rzeczywistość.

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie poboczni, którzy nadali historii niezwykłą głębię i wielowymiarowość. Linda, która z początku wydaje się jedynie niepozorną nastolatką, roztacza wokół siebie aurę niesamowitej dojrzałości i lisiego sprytu, któremu czytelnik nie jest w stanie się oprzeć, a jej zmagania z pierwszymi, prawdziwymi problemami stają się barwnym urozmaiceniem fabularnym. Moje serce skradli także mieszkańcy miasteczka, których charakter w żaden sposób nie odbiega od moich wyobrażeń, choć byłam tylko cichym obserwatorem, czułam, jakbym była częścią ich małomiasteczkowej społeczności. 

Między wierszami można by zapytać w takim razie, gdzie w tym wszystkim podziewa się wątek romantyczny? Szczerze mówiąc, nie do końca umiem Wam odpowiedzieć na to pytanie, podobnie jak i przez większość tej historii nie umiałam stwierdzić, czy przypadła mi ona do gustu, czy też może wręcz przeciwnie. Owszem, sporo w tym tytule scen, które dostarczyły mi niemały ubaw, były też rozmowy, które odrobinę mnie rozczuliły, jednak nie brakowało również i momentów, w których czułam raczej irytującą bezsilność wobec zachowania głównych bohaterów aniżeli głębszą sympatię. I o ile, Elisa jest raczej bohaterką z rodzaju tych, który nie sposób nie polubić, o tyle Michael jawi się jako bohater najdelikatniej mówiąc trudny w obyciu, który sam do końca nie wie czego tak naprawdę oczekuje od swojego życia. Jego nieprzegadany sceptycyzm i skłonność do pozostawiania rozmówcy pośród wiecznych niedopowiedzeń wprowadzały jedno wielkie zamieszanie fabularne, prowadząc do niepotrzebnych i męczących na dłuższą metę konfliktów. Problematyczna okazała się również chemia między głównymi bohaterami, ich relacja przypominała raczej spotkanie po latach, owiane cieniem dawnego, młodzieńczego zauroczenia, osadzone w ramach, w których każde z nich chciało widzieć to, co dla siebie wygodne, niż prawdziwe, rozkładające na łopatki uczucie. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Flow Books [@flow_books].

niedziela, 25 stycznia 2026

74. ODETCHNIJ. POSTAW NA SIEBIE, KIEDY WSZYSCY CZEGOŚ OD CIEBIE CHCĄ – Katrzyna Serwin

"Proszenie o pomoc nie jest powodem do wstydu, podobnie jak łzy, które w danej chwili cisną ci się do oczu. Słuchaj sygnałów swojego ciała  i odpowiadaj na jego potrzeby. Pamiętaj, że twoje zdrowie i szczęście powinny być dla ciebie priorytetem."  

Moim jedynym postanowieniem noworocznym odnośnie roku 2026 była chęć czytania bardziej różnorodnej literatury, nie ukrywam, że słodkawe romansidła to pewnego rodzaju mój konik, uznałam jednak, że nadszedł w moim życiu moment, w którym chciałabym choć odrobinę poszerzyć moje dotychczasowe horyzonty czytelnicze. „Odetchnij. Postaw na siebie, kiedy wszyscy czegoś od ciebie chcą” było więc pierwszym krokiem w tym oto kierunku i, choć nie była to najbardziej satysfakcjonująca przygoda ostatnich czasów, o czym za chwilę szczegółowo Wam opowiem, cieszę się, iż podjęłam się przeczytania tej lektury.

Na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że tematyka rozwoju osobistego, wyznaczania własnych granic oraz poszukiwania odpowiedniego balansu między poszczególnymi obszarami życia nie jest mi obca. Sięgając po ten poradnik, oczekiwałam więc, że pozwoli mi on w jakikolwiek sposób poszerzyć nabytą już przed laty wiedzę, z przykrością muszę jednak zaznaczyć, iż w moim przypadku to się w zasadzie nie udało. Lektura była przyjemnie lekka i niewymagająca; podarowała mi kilka chwil wytchnienia i pozwoliła zatrzymać, co przy tej tematyce jest dla mnie niebywale istotne, jednocześnie pozostawiła we mnie jednak poczucie niedosytu, trochę tak, jakbym zaznajamiała się z historią wielokrotnie mi już opowiedzianą. Na dodatek, niektóre z fragmentów opartych na opowieściach podopiecznych autorki, mających ukazywać w sposób rzeczywisty mechanizmy ukazane w poszczególnych rozdziałach, momentami wydawały mi się nieautentycznie przerysowane. Podejrzewam, że mógł być to zabieg planowany, dobitnie akcentujący skutki pewnych zachowań, jednakże dla mnie nadał on wnętrzu jedynie drażliwie sztuczny akcent. 

Po skończeniu lektury spróbowałam jednak spojrzeć na ten poradnik także z innej perspektywy, jak ktoś, kto właśnie z jego pomocą chciałby poczynić w temacie rozwoju osobistego swoje pierwsze, drżące jeszcze kroki i w takim ujęciu treść ta nabiera znacznych kolorów. Napisany prostym, ciepłym językiem, pozbawiony typowego psychologicznego żargonu, który potrafi onieśmielić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika, zaprasza w podróż po zakątkach własnego umysłu. Nie poucza, nie ocenia, nie stawia wymagań, a jedynie podsuwa proste zadania, które pozwalają złapać głębszy oddech i wsłuchać się w siebie bez presji natychmiastowej zmiany. Moi drodzy czytelnicy, jeśli jest więc tutaj ktoś, kto dopiero rozpoczyna swoją przygodą z tym oto tematem, jestem przekonana, iż ten oto poradnik może okazać się wartościowym przewodnikiem, który w przystępny sposób ukaże Wam, iż dbanie o swoje zdrowie psychiczne i wyznaczanie trwałych granic nie musi być trudne ani skomplikowane. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Feeria [@wydawnictwo_feeria]. 

wtorek, 20 stycznia 2026

73. NORA, TEGO NIE MA W SCENARIUSZU – Annabel Monaghan

"Miałaś kiedyś uczucie, że znikasz? (...) Jakbyś miała niezachwianą pewność,  że nadejdzie dzień, gdy się zbudzisz i odkryjesz, że najbardziej autentyczna część ciebie została wycięta, zastąpiona czyimiś planami?"

Mogłoby się wydawać, że życie Nory wraz z odejściem męża bezpowrotnie się skończyło, jednak choć zmieniło kierunek, kobieta uczyniła z niego scenariusz na miarę Hollywood. Niedługo później jej przepiękny dom w dolinie Hudson wypełnia się więc światłem reflektorów i całą ekipą obcych ludzi. Staje się prawdziwym planem filmowy, Nora jednak odlicza już dni do momentu, gdy będzie mogła wrócić do swojego nadzwyczaj uporządkowane życia. Zdjęcia wreszcie się kończą, jednak nic nie jest już takie samo, a Leo – aktor zdecydowanie zbyt seksowny, by mógł wiarygodnie wcielić się w rolę jej byłego męża – ani myśli się wyprowadzać.

„Nora, tego nie ma w scenariuszu” to tytuł wyjątkowo smukły objętościowo w porównaniu do literatury, którą można odnaleźć pośród regałów mojej biblioteczki, z góry więc założyłam, że pochłonę go w mniej niż jeden wieczór. Początkowo obawiałam się, że jedyną przeszkodą stojącą na mojej drodze może być prosty, nieco wychudzony język, w którym na próżno szukać wysublimowanych, rozlazłych opisów akcji, do których bywam przyzwyczajona. Autorka skupia się bowiem przede wszystkim na dynamice wydarzeń, dbając o to, by dialogi angażowały czytelnika na tyle, aby nie odczuwał dotkliwego braku pogłębionej narracji. Pozornie oszczędna forma szybko okazała się jednak w rękach Annabel Monaghan niezwykle ciekawym zabiegiem, który sprawił, że lektura nabrała przyjemnej lekkości.

Moje szczególne uznanie zyskał przede wszystkim sposób, w jaki autorka splotła ze sobą ciąg zawartych w tym tekście zdarzeń; z niebywałym wyczuciem, ale i niespotykaną nieschematycznością. Fabuła tej historii przesycona jest codziennością, Nora jest bohaterką nieidealnie idealną, pełną sprzeczności, podczas gdy Leo stanowi słodkie przeciwieństwo wszystkiego, czego można by się po nim kiedykolwiek spodziewać. Wspólnie tworzą opowieść o najróżniejszych odcieniach miłości, ale i o bagażu doświadczeń, które ze sobą niesie, w akompaniamencie magicznych wschodów słońca i hollywoodzkiej codzienności. Tytuł ten przypomina, że w świecie pełnym końców i początków warto czasem zwolnić i w porannym świetle odnaleźć sens tam, gdzie wcześniej mógł być tylko ból.

Wciąż Wam mało? Na dokładkę mam dla Was jeszcze cały wachlarz wyrazistych bohaterów pobocznych, wśród których szczególnie zapada w pamięć przesympatyczna dwójka urwisów towarzyszących nam przez całą przygodę. Relacja, którą tworzą wraz z Leo, ukazuje go w niezwykle ciepłej odsłonie, odsłaniając mimochodem jego niezwykłą zdolność do budowania relacji. Jednocześnie ich obecność pełni w historii rolę znacznie istotniejszą, niż mogłoby się wydawać, porządkuje narrację, ale wzmacnia jej wydźwięk, dzięki czemu opowieść staje się bardziej wielowymiarowa i niezwykle angażująca. Muszę zaznaczyć, że choć to moje pierwsze, to jednocześnie na pewno nie ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. 

niedziela, 4 stycznia 2026

71. PIERWSZA GWIAZDKA – Katarzyna Lewandowicz

"Dziękuję ci za moją pierwszą prawdziwą Gwiazdkę. (...) Poznałem ciepło, śmiech dzieciaków, zapach ciasta i zwyczajną obecność innych ludzi. Odczarowałaś ten okropny czas, sprawiając, że od teraz święta będą kojarzyły mi się z przyjemnym rodzinnym czasem." 

Pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, które zderzają się w najbardziej znienawidzonym dla niego momencie. Oskar od lat unikał wszystkiego, co mogłoby choć w najmniejszym aspekcie kojarzyć mu się ze świętami, podczas gdy Matylda jest ich wręcz chodzącym uosobieniem. Przepełniona dziecięcą beztroską, pachnąca piernikami i z szafą wypełnioną koszulami w świąteczne wzory początkowo przyprawia go o mdły zawrót głowy, z czasem mężczyzna zauważa jednak, że dzień bez jej obecności wydaje się dniem straconym. I nawet jeśli wciąż nie cierpi świąt, coraz trudniej mu wyobrazić sobie je bez niej.

Muszę przyznać, iż w tym roku przeczytałam naprawdę sporo typowo świątecznych fabularnie historii, śmiem nawet skłaniać się ku stwierdzeniu, że zdążyłam je sobie już w pewien sposób skutecznie obrzydzić. Na moje szczęście, okres, w których takich tytułów nigdy za wiele, zdarza się tylko raz w roku, mam zatem nadzieję, że do przyszłych świąt zdążę wyrzucić z głowy tę ironiczną awersję. Tytuły, które przewinęły się przez moje ręce, przyniosły mi pełen wachlarz emocji; przez niektóre z nich przebrnęłam z niewyobrażalnym trudem, inne przyniosły mi niezwykły tabun śmiechu, ale pojawiły się i takie, które zabrały mnie w magiczną podróż pośród świątecznych cudów. „Pierwsza Gwiazdka" to tytuł, który uplasował się gdzieś pośrodku wszystkich tychże doświadczeń. Początkowe rozdziały sugerowały, iż raczej nie dojdziemy do porozumienia, chwilę później zauważyłam jednak, że pojawiają się w tej historii momenty zdolne wywołać na mojej twarzy uśmiech, a im bliżej byłam finału, tym trudniej było mi ignorować bijącą z tekstu prawdziwą magię świąt.

Po zakończeniu lektury nasuwa mi się przede wszystkim jeden zasadniczy wniosek mówiący o tym, iż ten tytuł można by symbolicznie podzielić na dwie części; pierwszą z gatunku tych o których można by bez większego żalu zapomnieć, oraz drugą, która bez reszty rozkochała w sobie moje serce. Długo zastanawiałam się, w czym tak naprawdę tkwi problem początkowych rozdziałów, z perspektywy czasu uważam, iż swój udział miała w tym przede wszystkim zadziwiająca ilość zbiegów okoliczności, którymi stają się spotkania naszych bohaterów. Na co dzień obcują z różnymi środowiskami, a jednak dzieło przypadku sprawia, iż wpadają na siebie trzykrotnie, co w pewien sposób nieznośnie igra z moją potrzebą urzeczywistnienia tego tytułu. Nie sposób też nie zauważyć pewnej niekonsekwencji w kreacji głównego bohatera, którego potrzeba samotności i emocjonalna niedostępność tracą na znaczeniu w zasadzie już przy pierwszym kontakcie z Matyldą.

Ujmująca część fabuły rozpoczyna się w zasadzie w momencie służbowego wyjazdu naszych bohaterów, wtedy buzująca między nimi chemia zaczyna tworzyć niezwykle interesującą niewymuszoną mieszankę. W tle przewija się przepiękne sceneria Nowego Yorku, która dopełnia dzieła, jednak szybko okazuje się, że to zaledwie przedsmak tego co jeszcze czeka nas w ramach opowieści „Pierwsza Gwiazdka”, a prawdziwa magia przejmuje głos, gdy akcja przenosi się w polskie góry. Wspólne ścinanie drzewka, świąteczne swetry, pieczenie pierniczków – to zaledwie ułamek tego, co czeka na czytelnika w końcowej fazie tego tytułu. Mamy tu również do czynienia z naprawdę słodkawymi rozmowami, które pozwalają nam odrobinę głębiej zajrzeć w fasadę świata Oskara, a jednocześnie z uwagą możemy śledzić losy bohaterów pobocznych, zwłaszcza pewnej dwójki małych łobuzów, którzy skradli znaczną część mojej uwagi. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu White Raven [@wydawnictwowr] oraz autorce Katarzynie Lewandowicz [@k.lewandowicz_autorka].