środa, 11 lutego 2026

77. ADDICTED. ZWIĄZANI PRZESZŁOŚCIĄ – Hope S. Ward

"Dostrzegałem ją. Wiedziałem, kiedy przychodziła na imprezę i kiedy z niej wychodziła. Potrafiłem bez zastanowienia wskazać miejsce, w którym się znajdowała (...) I może to brzmi dziwnie, ale traktowałem to jak coś zwyczajnego. Boleśnie normalnego, jakby musiało być częścią mojego dnia." 

W dzieciństwie byli sobie w zasadzie obcy, jako nastolatkowie nie pałali do siebie sympatią, kilkanaście lat później wydawać by się mogło, że stali się dla siebie wszystkim, dziś jednak patrzą na siebie jak nieznajomi, którzy nigdy nie mieli ze sobą nic wspólnego. Każde spotkanie niesie w sobie ciężar tego, co w ich relacji utracone i, choć oboje mają świadomość, że nie da się uciekać przed przeszłością bez końca, nie spodziewają się, iż życie po latach zakpi z nich tak bezlitośnie, stawiając ich ramię w ramię na czele rodzinnego imperium. Los naznaczył ich w bolesny sposób, teraz jednak stoją po tej samej stronie barykady i muszą odnaleźć nić porozumienia. 

Interesującym urozmaiceniem okazał się zabieg retrospekcji, od którego w istocie rozpoczyna się cała nasza opowieść. Autorka bez ostrzeżenia wrzuca czytelnika w sam środek historii, prowadząc go pomiędzy strzępami wspomnień z lekkością, ale i ujmującym wyczuciem. Odbiorca od pierwszych stron zatraca się w relacji bohaterów, chcąc nie tylko dowiedzieć się, co w niej nie zagrało, ale i bezkarnie wierzyć, iż zasługują oni na drugą szansę. Początkowe rozdziały przesycone są słodyczą, rozbrajającą naiwnością i nadzieją na lepszy jutro, a na dodatek pozwalają poznać bohaterów w znacznie młodszej odsłonie, niemal tak, jakbyśmy byli ich najlepszymi przyjaciółmi, obserwującymi rodzące się między nimi uczucie od pierwszego spojrzenia aż po epilog.

Jestem czytelniczką, która szczególnie ceni sobie obecność dzieci w literaturze, te drobne istoty od lat niezmiennie rozkładają mnie na łopatki i dodają opowieściom wyjątkowej iskry, której próżno szukać w innych tytułach. „Addicted” ukazuje nam historię Brealyn, kobiety twardo stąpającej po ziemie, którą młodość naznaczyła kilkoma błędami, a ich najpiękniejszą konsekwencją pozostaje jej kilkuletnie córka. Poczucie humoru kilkulatki niezwykle mnie urzekło, a relacja, która połączyła ją z Killianem, pozostanie w moim sercu na dłużej. Wyczekiwałam każdej sceny z ich udziałem, a od wielu nie potrafiłam się w żaden sposób oderwać.

Muszę jednak przyznać, z ogromnym bólem serca, iż ten tytuł z czasem przybrał formę nużącego melodramatu. Piętrzące się nieporozumienia, wieczne niedopowiedzenia i w nieskończoność ciągnące się dyskusje sprawiły, iż w pewnym momencie zamiast z uwagą śledzić umacniającą się więź między głównymi bohaterami, wyczekiwałam jej finału. Konflikty między bohaterami nawracały z niemal zadziwiającą regularnością, a na dodatek powielały te same schematy, sprawiając, iż historia straciła charakterystyczną świeżość, która początkowo skradła pełnie mojej uwagi. Nie potrafiłam wyzbyć się również wrażenia, że choć fabularnie przenieśliśmy się o kilka lat do przodu, poziom dojrzałości emocjonalnej postaci pozostał w cieniu czasów studenckich, ich wybory były bowiem wielokrotnie nieadekwatne do wieku i doświadczeń, jakie powinni zdobyć w tym oto czasie. I, choć myślę, że w przyszłości sięgnę po inne tytuły autorki, ta historia gdzieś pośród zawiłej drogi, którą wspólnie przebyliśmy, zatraciła swój przepięknie wykreowany potencjał.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].   

wtorek, 3 lutego 2026

76. WSZYSTKO NA MOJEJ GŁOWIE – Jakub Bączykowski

"Czy jesteśmy w stanie być po prostu kobietami? Każda z własną historią, tęsknotami i spełnieniem. Bez nieświadomego oceniania się nawzajem przez pryzmat ról narzucanych przez społeczne oczekiwania?" 

Salon fryzjerski Rity w sercu Krakowa na pierwszy rzut oka może wydawać się jednym z wielu, jednak to właśnie tutaj w akompaniamencie starych polskich piosenek i cichego szczęku nożyczek na jaw wychodzą głęboko skrywane myśli. To miejsce przepełnione wspomnieniami, rzucającymi się w oczy pastelami i historiami, które zostają w głowie na dłużej. Przez próg salonu przewijają się klienci z najróżniejszymi bagażami doświadczeń, jedni wpadają tylko skrócić końcówki, inni pragną prawdziwie odmieniającej metamorfozy. W rozmowach, które zaczynają się niewinnie, między pytaniem o długość a zapachem lakieru do włosów, powoli odsłaniają się lęki, marzenia i sprawy ciążące na duszy od lat. Tutaj opadają maski i znikają ukryte zamiary, pozostaje tylko prawda i nadzieja na lepsze jutro.

Z twórczością Jakuba Bączykowskiego w swojej czytelniczej karierze spotykam się po raz pierwszy, jednak mimo to jestem w stanie pokusić się ku stwierdzeniu, iż niesie ona ze sobą wyraźne znamiona ujmującego doświadczenia. Jego pióro jest bowiem niezwykle zrównoważone i klarowne, momentami nawet i wręcz niebywale dosadne, a przy tym obciążone intensywnym ładunkiem emocjonalnym, który nie pozwala czytelnikowi nawet na chwilę wytchnienia. „Wszystko na mojej głowie” to tytuł utkany z codziennych doświadczeń, myśli oraz emocji, tych cichych, zakopanych w głębi serca, a jednak wciąż tak bardzo w nas obecnych. To historia, która z wyczuciem uświadamia nam, iż każdy z nas mierzy się z własnymi problemami, często tocząc tego typu walki z dala od ciekawskich spojrzeń, a tym samym przypomina, jak zgubne może okazać się ocenianie człowieka po samej jego okładce.

Salon fryzjerski, który w zasadzie staje się głównym tłem rozgrywających się w tej opowieści wydarzeń, to miejsce, do którego sama z przyjemnością chciałabym się wybrać. Metamorfoza, na którą klienci mogą liczyć pod czujnym okiem Rity nie ogranicza się tylko do zmiany fryzury, dokonuje się również na poziomie emocjonalnym. Przestrzeń salonu staje się dla nich bezpiecznych azylem, sprzyjającym wszelkim, nawet i tym najtrudniejszym rozmowom. Mamy tu kolorowe dodatki, rodzinne pamiątki oraz stare, ozdobne maszyny fryzjerskie, o których Rita mimochodem opowiada, co przepięknie podbija klimat tego tytułu. To właśnie te drobne detale nadają temu miejscu wyjątkowo domowy, niemal intymny charakter, sprawiając, że staje się on miejscem spotkań, zaufania i ludzkiej bliskości.

Jedyną kwestią, jaką mogłabym przy tym tytule poddać wątpliwości, jest ogólna myśl przewodnia tego tytułu, jak i jego zakończenie. Śledziłam losy Rity i jej klientów z poczuciem, iż zmierzają one ku wspólnemu sensowi, tymczasem epilog sprawia wrażenie urwanego oraz pozbawionego głębszej, spinające tekst w jedną całość myśli. Pozostawia on w zawieszeniu nie tylko emocjonalną historię samej Rity, ale także losy osób, które przewinęły się przez jej salon i wniosły do powieści własne dramaty oraz problemy. W efekcie czytelnik pozostawiony jest z poczuciem niedosytu i brakiem swoistego domknięcia przedstawionej historii.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona [@czwartastrona].  

sobota, 31 stycznia 2026

75. TO NIE JEST KRAJ DLA SINGLI – Felicia Kingsley

"Ale mleko się już rozlało. Wiesz, Michael, z początku cieszyłam się z naszego spotkania. Naprawdę chciałam umówić się z tobą na tę pizzę, tylko we dwoje, ale teraz przeklinam dzień, w którym tu wróciłeś." 

Belvedere in Chianti, skąpane w toskańskim słońcu, to idylliczne miasteczko w samym sercu Włoch, gdzie pośród malowniczych krajobrazów i pachnących winoroślą winnic o przystojnych kawalerów walczy się do ostatniego tchu. Wieść o powrocie dwóch niezwykle przystojnych mężczyzn, którzy niegdyś spędzali tu każde lato, rozchodzi się po miasteczku z prędkością światła. Podczas gdy matki snują weselne plany, a młode panny oddają słodkim marzeniom, dla Michaela Belvedere pozostaje miejscem dusznym od wspomnień. Nie potrafi odnaleźć w nim swojego miejsca, dopóki los nie stawia na jego drodze Elisy, dawnej przyjaciółki i jedynej kobiety, która, mimo upływu lat, wciąż dzierży w swoich rękach skrawek jego serca.

Odkąd tylko przeczytałam zapowiedź tego tytułu na stronie wydawnictwa, wiedziałam, iż nie będę potrafiła go sobie odmówić. Toskania, idylliczny krajobraz, małe średniowieczne miasteczko, słodkawy romans i wielopokoleniowa winnica brzmią jak przepis na historię skrojoną dokładnie pod mój gust. W tle przewija się również motyw spotkania po latach, który, choć nie należy do moim ulubionych, w rękach Felicji miał naprawdę spory potencjał, by stać się małym, porywającym dziełem sztuki. I choć nie jestem specem w hiszpańskiej kuchni, za talerz popisowego pappardele z rąk bohaterów oddałabym naprawdę wiele.

Największym atutem „To nie jest kraj dla singli” pozostaje przede wszystkim jego jedyny w swoim rodzaju klimat, który nie pozwala zapomnieć o sobie na długo po odłożeniu lektury. To jedna z tych historii, przy których myśli same uciekają ku skąpanym w słońcu wzgórzom, stromym, ukwieconym uliczkom oraz zapachowi dojrzewających winogron, którym wręcz nasiąkły strony tej opowieści. Czytając, nie sposób nie rozmarzyć się choćby na chwilę i nie zapragnąć przenieść do tego świata razem z bohaterami, chadzać niespiesznie między winoroślami, tańczyć w pełnym słońcu, pozwalając, by codzienność zwolniła swój rytm. Chciałam uczestniczyć w życiu miasteczka, w jego drobnych rytuałach i wydarzeniach, które dla Elisy mogłyby wydawać się reliktem przeszłości, a które w moich oczach nabrały wyjątkowego znaczenia, tworząc nową niezwykle magiczną rzeczywistość.

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie poboczni, którzy nadali historii niezwykłą głębię i wielowymiarowość. Linda, która z początku wydaje się jedynie niepozorną nastolatką, roztacza wokół siebie aurę niesamowitej dojrzałości i lisiego sprytu, któremu czytelnik nie jest w stanie się oprzeć, a jej zmagania z pierwszymi, prawdziwymi problemami stają się barwnym urozmaiceniem fabularnym. Moje serce skradli także mieszkańcy miasteczka, których charakter w żaden sposób nie odbiega od moich wyobrażeń, choć byłam tylko cichym obserwatorem, czułam, jakbym była częścią ich małomiasteczkowej społeczności. 

Między wierszami można by zapytać w takim razie, gdzie w tym wszystkim podziewa się wątek romantyczny? Szczerze mówiąc, nie do końca umiem Wam odpowiedzieć na to pytanie, podobnie jak i przez większość tej historii nie umiałam stwierdzić, czy przypadła mi ona do gustu, czy też może wręcz przeciwnie. Owszem, sporo w tym tytule scen, które dostarczyły mi niemały ubaw, były też rozmowy, które odrobinę mnie rozczuliły, jednak nie brakowało również i momentów, w których czułam raczej irytującą bezsilność wobec zachowania głównych bohaterów aniżeli głębszą sympatię. I o ile, Elisa jest raczej bohaterką z rodzaju tych, który nie sposób nie polubić, o tyle Michael jawi się jako bohater najdelikatniej mówiąc trudny w obyciu, który sam do końca nie wie czego tak naprawdę oczekuje od swojego życia. Jego nieprzegadany sceptycyzm i skłonność do pozostawiania rozmówcy pośród wiecznych niedopowiedzeń wprowadzały jedno wielkie zamieszanie fabularne, prowadząc do niepotrzebnych i męczących na dłuższą metę konfliktów. Problematyczna okazała się również chemia między głównymi bohaterami, ich relacja przypominała raczej spotkanie po latach, owiane cieniem dawnego, młodzieńczego zauroczenia, osadzone w ramach, w których każde z nich chciało widzieć to, co dla siebie wygodne, niż prawdziwe, rozkładające na łopatki uczucie. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Flow Books [@flow_books].

niedziela, 25 stycznia 2026

74. ODETCHNIJ. POSTAW NA SIEBIE, KIEDY WSZYSCY CZEGOŚ OD CIEBIE CHCĄ – Katrzyna Serwin

"Proszenie o pomoc nie jest powodem do wstydu, podobnie jak łzy, które w danej chwili cisną ci się do oczu. Słuchaj sygnałów swojego ciała  i odpowiadaj na jego potrzeby. Pamiętaj, że twoje zdrowie i szczęście powinny być dla ciebie priorytetem."  

Moim jedynym postanowieniem noworocznym odnośnie roku 2026 była chęć czytania bardziej różnorodnej literatury, nie ukrywam, że słodkawe romansidła to pewnego rodzaju mój konik, uznałam jednak, że nadszedł w moim życiu moment, w którym chciałabym choć odrobinę poszerzyć moje dotychczasowe horyzonty czytelnicze. „Odetchnij. Postaw na siebie, kiedy wszyscy czegoś od ciebie chcą” było więc pierwszym krokiem w tym oto kierunku i, choć nie była to najbardziej satysfakcjonująca przygoda ostatnich czasów, o czym za chwilę szczegółowo Wam opowiem, cieszę się, iż podjęłam się przeczytania tej lektury.

Na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że tematyka rozwoju osobistego, wyznaczania własnych granic oraz poszukiwania odpowiedniego balansu między poszczególnymi obszarami życia nie jest mi obca. Sięgając po ten poradnik, oczekiwałam więc, że pozwoli mi on w jakikolwiek sposób poszerzyć nabytą już przed laty wiedzę, z przykrością muszę jednak zaznaczyć, iż w moim przypadku to się w zasadzie nie udało. Lektura była przyjemnie lekka i niewymagająca; podarowała mi kilka chwil wytchnienia i pozwoliła zatrzymać, co przy tej tematyce jest dla mnie niebywale istotne, jednocześnie pozostawiła we mnie jednak poczucie niedosytu, trochę tak, jakbym zaznajamiała się z historią wielokrotnie mi już opowiedzianą. Na dodatek, niektóre z fragmentów opartych na opowieściach podopiecznych autorki, mających ukazywać w sposób rzeczywisty mechanizmy ukazane w poszczególnych rozdziałach, momentami wydawały mi się nieautentycznie przerysowane. Podejrzewam, że mógł być to zabieg planowany, dobitnie akcentujący skutki pewnych zachowań, jednakże dla mnie nadał on wnętrzu jedynie drażliwie sztuczny akcent. 

Po skończeniu lektury spróbowałam jednak spojrzeć na ten poradnik także z innej perspektywy, jak ktoś, kto właśnie z jego pomocą chciałby poczynić w temacie rozwoju osobistego swoje pierwsze, drżące jeszcze kroki i w takim ujęciu treść ta nabiera znacznych kolorów. Napisany prostym, ciepłym językiem, pozbawiony typowego psychologicznego żargonu, który potrafi onieśmielić nawet najbardziej wytrwałego czytelnika, zaprasza w podróż po zakątkach własnego umysłu. Nie poucza, nie ocenia, nie stawia wymagań, a jedynie podsuwa proste zadania, które pozwalają złapać głębszy oddech i wsłuchać się w siebie bez presji natychmiastowej zmiany. Moi drodzy czytelnicy, jeśli jest więc tutaj ktoś, kto dopiero rozpoczyna swoją przygodą z tym oto tematem, jestem przekonana, iż ten oto poradnik może okazać się wartościowym przewodnikiem, który w przystępny sposób ukaże Wam, iż dbanie o swoje zdrowie psychiczne i wyznaczanie trwałych granic nie musi być trudne ani skomplikowane. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Feeria [@wydawnictwo_feeria]. 

wtorek, 20 stycznia 2026

73. NORA, TEGO NIE MA W SCENARIUSZU – Annabel Monaghan

"Miałaś kiedyś uczucie, że znikasz? (...) Jakbyś miała niezachwianą pewność,  że nadejdzie dzień, gdy się zbudzisz i odkryjesz, że najbardziej autentyczna część ciebie została wycięta, zastąpiona czyimiś planami? 

Mogłoby się wydawać, że życie Nory wraz z odejściem męża bezpowrotnie się skończyło, jednak choć zmieniło kierunek, kobieta uczyniła z niego scenariusz na miarę Hollywood. Niedługo później jej przepiękny dom w dolinie Hudson wypełnia się więc światłem reflektorów i całą ekipą obcych ludzi. Staje się prawdziwym planem filmowy, Nora jednak odlicza już dni do momentu, gdy będzie mogła wrócić do swojego nadzwyczaj uporządkowane życia. Zdjęcia wreszcie się kończą, jednak nic nie jest już takie samo, a Leo – aktor zdecydowanie zbyt seksowny, by mógł wiarygodnie wcielić się w rolę jej byłego męża – ani myśli się wyprowadzać.

„Nora, tego nie ma w scenariuszu” to tytuł wyjątkowo smukły objętościowo w porównaniu do literatury, którą można odnaleźć pośród regałów mojej biblioteczki, z góry więc założyłam, że pochłonę go w mniej niż jeden wieczór. Początkowo obawiałam się, że jedyną przeszkodą stojącą na mojej drodze może być prosty, nieco wychudzony język, w którym na próżno szukać wysublimowanych, rozlazłych opisów akcji, do których bywam przyzwyczajona. Autorka skupia się bowiem przede wszystkim na dynamice wydarzeń, dbając o to, by dialogi angażowały czytelnika na tyle, aby nie odczuwał dotkliwego braku pogłębionej narracji. Pozornie oszczędna forma szybko okazała się jednak w rękach Annabel Monaghan niezwykle ciekawym zabiegiem, który sprawił, że lektura nabrała przyjemnej lekkości.

Moje szczególne uznanie zyskał przede wszystkim sposób, w jaki autorka splotła ze sobą ciąg zawartych w tym tekście zdarzeń; z niebywałym wyczuciem, ale i niespotykaną nieschematycznością. Fabuła tej historii przesycona jest codziennością, Nora jest bohaterką nieidealnie idealną, pełną sprzeczności, podczas gdy Leo stanowi słodkie przeciwieństwo wszystkiego, czego można by się po nim kiedykolwiek spodziewać. Wspólnie tworzą opowieść o najróżniejszych odcieniach miłości, ale i o bagażu doświadczeń, które ze sobą niesie, w akompaniamencie magicznych wschodów słońca i hollywoodzkiej codzienności. Tytuł ten przypomina, że w świecie pełnym końców i początków warto czasem zwolnić i w porannym świetle odnaleźć sens tam, gdzie wcześniej mógł być tylko ból.

Wciąż Wam mało? Na dokładkę mam dla Was jeszcze cały wachlarz wyrazistych bohaterów pobocznych, wśród których szczególnie zapada w pamięć przesympatyczna dwójka urwisów towarzyszących nam przez całą przygodę. Relacja, którą tworzą wraz z Leo, ukazuje go w niezwykle ciepłej odsłonie, odsłaniając mimochodem jego niezwykłą zdolność do budowania relacji. Jednocześnie ich obecność pełni w historii rolę znacznie istotniejszą, niż mogłoby się wydawać, porządkuje narrację, ale wzmacnia jej wydźwięk, dzięki czemu opowieść staje się bardziej wielowymiarowa i niezwykle angażująca. Muszę zaznaczyć, że choć to moje pierwsze, to jednocześnie na pewno nie ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. 

niedziela, 4 stycznia 2026

71. PIERWSZA GWIAZDKA – Katarzyna Lewandowicz

"Dziękuję ci za moją pierwszą prawdziwą Gwiazdkę. (...) Poznałem ciepło, śmiech dzieciaków, zapach ciasta i zwyczajną obecność innych ludzi. Odczarowałaś ten okropny czas, sprawiając, że od teraz święta będą kojarzyły mi się z przyjemnym rodzinnym czasem." 

Pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, które zderzają się w najbardziej znienawidzonym dla niego momencie. Oskar od lat unikał wszystkiego, co mogłoby choć w najmniejszym aspekcie kojarzyć mu się ze świętami, podczas gdy Matylda jest ich wręcz chodzącym uosobieniem. Przepełniona dziecięcą beztroską, pachnąca piernikami i z szafą wypełnioną koszulami w świąteczne wzory początkowo przyprawia go o mdły zawrót głowy, z czasem mężczyzna zauważa jednak, że dzień bez jej obecności wydaje się dniem straconym. I nawet jeśli wciąż nie cierpi świąt, coraz trudniej mu wyobrazić sobie je bez niej.

Muszę przyznać, iż w tym roku przeczytałam naprawdę sporo typowo świątecznych fabularnie historii, śmiem nawet skłaniać się ku stwierdzeniu, że zdążyłam je sobie już w pewien sposób skutecznie obrzydzić. Na moje szczęście, okres, w których takich tytułów nigdy za wiele, zdarza się tylko raz w roku, mam zatem nadzieję, że do przyszłych świąt zdążę wyrzucić z głowy tę ironiczną awersję. Tytuły, które przewinęły się przez moje ręce, przyniosły mi pełen wachlarz emocji; przez niektóre z nich przebrnęłam z niewyobrażalnym trudem, inne przyniosły mi niezwykły tabun śmiechu, ale pojawiły się i takie, które zabrały mnie w magiczną podróż pośród świątecznych cudów. „Pierwsza Gwiazdka" to tytuł, który uplasował się gdzieś pośrodku wszystkich tychże doświadczeń. Początkowe rozdziały sugerowały, iż raczej nie dojdziemy do porozumienia, chwilę później zauważyłam jednak, że pojawiają się w tej historii momenty zdolne wywołać na mojej twarzy uśmiech, a im bliżej byłam finału, tym trudniej było mi ignorować bijącą z tekstu prawdziwą magię świąt.

Po zakończeniu lektury nasuwa mi się przede wszystkim jeden zasadniczy wniosek mówiący o tym, iż ten tytuł można by symbolicznie podzielić na dwie części; pierwszą z gatunku tych o których można by bez większego żalu zapomnieć, oraz drugą, która bez reszty rozkochała w sobie moje serce. Długo zastanawiałam się, w czym tak naprawdę tkwi problem początkowych rozdziałów, z perspektywy czasu uważam, iż swój udział miała w tym przede wszystkim zadziwiająca ilość zbiegów okoliczności, którymi stają się spotkania naszych bohaterów. Na co dzień obcują z różnymi środowiskami, a jednak dzieło przypadku sprawia, iż wpadają na siebie trzykrotnie, co w pewien sposób nieznośnie igra z moją potrzebą urzeczywistnienia tego tytułu. Nie sposób też nie zauważyć pewnej niekonsekwencji w kreacji głównego bohatera, którego potrzeba samotności i emocjonalna niedostępność tracą na znaczeniu w zasadzie już przy pierwszym kontakcie z Matyldą.

Ujmująca część fabuły rozpoczyna się w zasadzie w momencie służbowego wyjazdu naszych bohaterów, wtedy buzująca między nimi chemia zaczyna tworzyć niezwykle interesującą niewymuszoną mieszankę. W tle przewija się przepiękne sceneria Nowego Yorku, która dopełnia dzieła, jednak szybko okazuje się, że to zaledwie przedsmak tego co jeszcze czeka nas w ramach opowieści „Pierwsza Gwiazdka”, a prawdziwa magia przejmuje głos, gdy akcja przenosi się w polskie góry. Wspólne ścinanie drzewka, świąteczne swetry, pieczenie pierniczków – to zaledwie ułamek tego, co czeka na czytelnika w końcowej fazie tego tytułu. Mamy tu również do czynienia z naprawdę słodkawymi rozmowami, które pozwalają nam odrobinę głębiej zajrzeć w fasadę świata Oskara, a jednocześnie z uwagą możemy śledzić losy bohaterów pobocznych, zwłaszcza pewnej dwójki małych łobuzów, którzy skradli znaczną część mojej uwagi. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu White Raven [@wydawnictwowr] oraz autorce Katarzynie Lewandowicz [@k.lewandowicz_autorka].