niedziela, 4 stycznia 2026

71. PIERWSZA GWIAZDKA – Katarzyna Lewandowicz

"Dziękuję ci za moją pierwszą prawdziwą Gwiazdkę. (...) Poznałem ciepło, śmiech dzieciaków, zapach ciasta i zwyczajną obecność innych ludzi. Odczarowałaś ten okropny czas, sprawiając, że od teraz święta będą kojarzyły mi się z przyjemnym rodzinnym czasem." 

Pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, które zderzają się w najbardziej znienawidzonym dla niego momencie. Oskar od lat unikał wszystkiego, co mogłoby choć w najmniejszym aspekcie kojarzyć mu się ze świętami, podczas gdy Matylda jest ich wręcz chodzącym uosobieniem. Przepełniona dziecięcą beztroską, pachnąca piernikami i z szafą wypełnioną koszulami w świąteczne wzory początkowo przyprawia go o mdły zawrót głowy, z czasem mężczyzna zauważa jednak, że dzień bez jej obecności wydaje się dniem straconym. I nawet jeśli wciąż nie cierpi świąt, coraz trudniej mu wyobrazić sobie je bez niej.

Muszę przyznać, iż w tym roku przeczytałam naprawdę sporo typowo świątecznych fabularnie historii, śmiem nawet skłaniać się ku stwierdzeniu, że zdążyłam je sobie już w pewien sposób skutecznie obrzydzić. Na moje szczęście, okres, w których takich tytułów nigdy za wiele, zdarza się tylko raz w roku, mam zatem nadzieję, że do przyszłych świąt zdążę wyrzucić z głowy tę ironiczną awersję. Tytuły, które przewinęły się przez moje ręce, przyniosły mi pełen wachlarz emocji; przez niektóre z nich przebrnęłam z niewyobrażalnym trudem, inne przyniosły mi niezwykły tabun śmiechu, ale pojawiły się i takie, które zabrały mnie w magiczną podróż pośród świątecznych cudów. „Pierwsza Gwiazdka" to tytuł, który uplasował się gdzieś pośrodku wszystkich tychże doświadczeń. Początkowe rozdziały sugerowały, iż raczej nie dojdziemy do porozumienia, chwilę później zauważyłam jednak, że pojawiają się w tej historii momenty zdolne wywołać na mojej twarzy uśmiech, a im bliżej byłam finału, tym trudniej było mi ignorować bijącą z tekstu prawdziwą magię świąt.

Po zakończeniu lektury nasuwa mi się przede wszystkim jeden zasadniczy wniosek mówiący o tym, iż ten tytuł można by symbolicznie podzielić na dwie części; pierwszą z gatunku tych o których można by bez większego żalu zapomnieć, oraz drugą, która bez reszty rozkochała w sobie moje serce. Długo zastanawiałam się, w czym tak naprawdę tkwi problem początkowych rozdziałów, z perspektywy czasu uważam, iż swój udział miała w tym przede wszystkim zadziwiająca ilość zbiegów okoliczności, którymi stają się spotkania naszych bohaterów. Na co dzień obcują z różnymi środowiskami, a jednak dzieło przypadku sprawia, iż wpadają na siebie trzykrotnie, co w pewien sposób nieznośnie igra z moją potrzebą urzeczywistnienia tego tytułu. Nie sposób też nie zauważyć pewnej niekonsekwencji w kreacji głównego bohatera, którego potrzeba samotności i emocjonalna niedostępność tracą na znaczeniu w zasadzie już przy pierwszym kontakcie z Matyldą.

Ujmująca część fabuły rozpoczyna się w zasadzie w momencie służbowego wyjazdu naszych bohaterów, wtedy buzująca między nimi chemia zaczyna tworzyć niezwykle interesującą niewymuszoną mieszankę. W tle przewija się przepiękne sceneria Nowego Yorku, która dopełnia dzieła, jednak szybko okazuje się, że to zaledwie przedsmak tego co jeszcze czeka nas w ramach opowieści „Pierwsza Gwiazdka”, a prawdziwa magia przejmuje głos, gdy akcja przenosi się w polskie góry. Wspólne ścinanie drzewka, świąteczne swetry, pieczenie pierniczków – to zaledwie ułamek tego, co czeka na czytelnika w końcowej fazie tego tytułu. Mamy tu również do czynienia z naprawdę słodkawymi rozmowami, które pozwalają nam odrobinę głębiej zajrzeć w fasadę świata Oskara, a jednocześnie z uwagą możemy śledzić losy bohaterów pobocznych, zwłaszcza pewnej dwójki małych łobuzów, którzy skradli znaczną część mojej uwagi. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu White Raven [@wydawnictwowr] oraz autorce Katarzynie Lewandowicz [@k.lewandowicz_autorka].   

poniedziałek, 29 grudnia 2025

70. NIECHCIANY WSPÓŁLOKATOR – AT. Michalak

"Przez chwilę tylko na nią patrzyłem. Chciałem zapamiętać każdy szczegół – sposób, w jaki klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym rytmie, jak jej wargi były lekko rozchylone i opuchnięte od pocałunków. Była piękna." 

Sydney od lat dostrzegała w Loganie kogoś więcej niż tylko przyjaciela swojego narzeczonego. Przygotowując się do ślubu, jest jednak przekonana, że to uczucie dawno zdążyła wyplewić ze swojego serca. Wie, że to było jedynie chwilowym zauroczeniem, które nigdy nie miało prawa przerodzić się w coś więcej. Prawdziwa gra rozpoczyna się jednak w chwili, gdy cała trójka decyduje się zamieszkać razem. Ukradkowe spojrzenia i nieśmiałe gesty zwiastują wydarzenia, które wkrótce wystawią znajomość całej trójki na prawdziwą próbę. 

Są takie tytuły, które już od pierwszych linijek opisu intrygują, kuszą obietnicą wyjątkowej historii i skutecznie namawiają do zakupu. Równie często bywa jednak i tak, że gdy książka kilka chwil później wreszcie trafia w ręce czytelnika, przez jego umysł przewija się wątpliwość. „Niechciany współlokator” idealnie wpisuje się we wspomniany schemat, początkowo nawet i ze względu na samą okładkę cieszyłam się, że ta historia zasili wnętrze mojej rozległej biblioteczki. Ostatecznie jednak, z bólem serca, muszę przyznać, iż nie odnalazłam wspólnego języka z głównymi bohaterami, a ich decyzje oraz dynamika łączącej ich relacji, wykształciły we mnie zachowawczy dystans.

Pierwsze ziarno niezgody zostało zasiane w moim umyśle w zasadzie już przy prologu, który wrzucił mnie w sam środek sylwestrowej nocy, by zaledwie kilka zdań później zderzyć ze zdradą, niezwykle nagłą i nad wyraz nieprzemyślaną. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, iż bohaterowie, zanim pozwolili sobie na ten moment zapomnienia, tak naprawdę niewiele o sobie wiedzieli. To był impuls, krótka iskra, która przyciągnęła ich do siebie, zagłuszając głos rozsądku, jakby tej nocy granice przestały istnieć i nie miały pociągnąć za sobą żadnych konsekwencji, a przecież zaledwie piętro wyżej spał jej narzeczony, a jego dziewczyna wciąż tkwiła w cieniu świeżej jeszcze kłótni. Z jednej strony można by rzec, że doskonale wiedziałam, z czym w tej opowieści będę się mierzyć, z drugiej jednak doskonale wiecie, iż lubię oczekiwać od przedstawianej fabuły czegoś więcej: odrobiny polotu i wylewających się z kart powieści emocji, które pozwalają czytelnikowi prawdziwie wczuć się w to co opowiadane. Ten tytuł jednak nie zdołał wydobyć w pełni swojej głębi, skazując odbiorcę na rolę biernego obserwatora.

Chciałabym móc powiedzieć, że rozwój fabuły działał na korzyść tejże historii, lecz po zakończeniu tej przygody coraz wyraźniej dostrzegam, iż to właśnie początek tego tytułu był najmniej dotkliwy. Prawdziwa maskarada nie rozgrywa się bowiem od razu, dojrzewa powoli, w cieniu wspólnego mieszkania i ukradkowych spojrzeń. Prawdziwą kulminacją nieszczęść staje się bowiem prawda o Colinie, przedstawiona w taki sposób, by choć odrobinę uratować wizerunek Sydney w oczach czytelnika. Dalsza część opowieści natomiast sprawia wrażenie nie tylko coraz bardziej wymuszonej, lecz także słabo powiązanej z tym, co zostało wcześniej zbudowane, jakby kolejne zwroty akcji miały jedynie tuszować niezbyt trafne decyzje bohaterów zamiast logicznie z nich wynikać. I choć finał próbuje na nowo rozłożyć akcenty moralne na części pierwsze, pozostawia czytelnika na rozdrożu niezwykle sprzecznych emocji.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio Red [editio_red].