"Dziękuję ci za moją pierwszą prawdziwą Gwiazdkę. (...) Poznałem ciepło, śmiech dzieciaków, zapach ciasta i zwyczajną obecność innych ludzi. Odczarowałaś ten okropny czas, sprawiając, że od teraz święta będą kojarzyły mi się z przyjemnym rodzinnym czasem."
Muszę przyznać, iż w tym roku przeczytałam naprawdę sporo typowo świątecznych fabularnie historii, śmiem nawet skłaniać się ku stwierdzeniu, że zdążyłam je sobie już w pewien sposób skutecznie obrzydzić. Na moje szczęście, okres, w których takich tytułów nigdy za wiele, zdarza się tylko raz w roku, mam zatem nadzieję, że do przyszłych świąt zdążę wyrzucić z głowy tę ironiczną awersję. Tytuły, które przewinęły się przez moje ręce, przyniosły mi pełen wachlarz emocji; przez niektóre z nich przebrnęłam z niewyobrażalnym trudem, inne przyniosły mi niezwykły tabun śmiechu, ale pojawiły się i takie, które zabrały mnie w magiczną podróż pośród świątecznych cudów. „Pierwsza Gwiazdka" to tytuł, który uplasował się gdzieś pośrodku wszystkich tychże doświadczeń. Początkowe rozdziały sugerowały, iż raczej nie dojdziemy do porozumienia, chwilę później zauważyłam jednak, że pojawiają się w tej historii momenty zdolne wywołać na mojej twarzy uśmiech, a im bliżej byłam finału, tym trudniej było mi ignorować bijącą z tekstu prawdziwą magię świąt.
Po zakończeniu lektury nasuwa mi się przede wszystkim jeden zasadniczy wniosek mówiący o tym, iż ten tytuł można by symbolicznie podzielić na dwie części; pierwszą z gatunku tych o których można by bez większego żalu zapomnieć, oraz drugą, która bez reszty rozkochała w sobie moje serce. Długo zastanawiałam się, w czym tak naprawdę tkwi problem początkowych rozdziałów, z perspektywy czasu uważam, iż swój udział miała w tym przede wszystkim zadziwiająca ilość zbiegów okoliczności, którymi stają się spotkania naszych bohaterów. Na co dzień obcują z różnymi środowiskami, a jednak dzieło przypadku sprawia, iż wpadają na siebie trzykrotnie, co w pewien sposób nieznośnie igra z moją potrzebą urzeczywistnienia tego tytułu. Nie sposób też nie zauważyć pewnej niekonsekwencji w kreacji głównego bohatera, którego potrzeba samotności i emocjonalna niedostępność tracą na znaczeniu w zasadzie już przy pierwszym kontakcie z Matyldą.
Ujmująca część fabuły rozpoczyna się w zasadzie w momencie służbowego wyjazdu naszych bohaterów, wtedy buzująca między nimi chemia zaczyna tworzyć niezwykle interesującą niewymuszoną mieszankę. W tle przewija się przepiękne sceneria Nowego Yorku, która dopełnia dzieła, jednak szybko okazuje się, że to zaledwie przedsmak tego co jeszcze czeka nas w ramach opowieści „Pierwsza Gwiazdka”, a prawdziwa magia przejmuje głos, gdy akcja przenosi się w polskie góry. Wspólne ścinanie drzewka, świąteczne swetry, pieczenie pierniczków – to zaledwie ułamek tego, co czeka na czytelnika w końcowej fazie tego tytułu. Mamy tu również do czynienia z naprawdę słodkawymi rozmowami, które pozwalają nam odrobinę głębiej zajrzeć w fasadę świata Oskara, a jednocześnie z uwagą możemy śledzić losy bohaterów pobocznych, zwłaszcza pewnej dwójki małych łobuzów, którzy skradli znaczną część mojej uwagi.
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu White Raven [@wydawnictwowr] oraz autorce Katarzynie Lewandowicz [@k.lewandowicz_autorka].
